Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2015

Coś (2011)

Popłuczyny i dziesiąta woda po arcyklasyku suspensu Carpentera z 1982 roku.

Pamiętam, że przed premierą filmu w kinach w 2011 roku chciałem mocno na niego pójść. Jednak pierwsze recenzje ostudziły moje nadzieję, zrezygnowałem z wizyty w kinie i nieszczęsny prequel obejrzałem dopiero dzisiaj. Całe szczęście, że ten pseudohorror nie otrzymał ode mnie złamanej złotówki.


Dawno żaden film grozy, ani film w ogóle tak bardzo mnie nie rozczarował. To tak oczywiste filmidło, idące od jednej kropki do drugiej, od jednego punktu fabularnego do kolejnego. Brak tu miejsca na jakiekolwiek napięcie, zaskoczenie, całość wypada bezwzględnie bezpłciowo.

Moja ocena tym surowsza, bo film van Heijningena Jra hańbi mistrzowskie dzieło Carpentera pod każdym względem. Najmocniejszym elementem tamtego horroru był świetny gęsty paranoiczny klimat, którego w prequelu nie czuć nawet przy najmniejszych próbach. Carpenter straszył nie potwornymi formami The Thinga, ale samą jego obecnością i obcowaniem z ludźmi w stacji, którzy mogą być zarażeni. Prequel popełnia chyba wszystkie sztandarowe błędy współczesnych horrorów, a przy tym nieudolnie próbuje odwzorować najlepsze elementy horroru Carpentera.
 

Plusy? Ciężko wymienić jakiekolwiek. Aktorzy byli OK i to chyba tyle, choć grali w większości ostrożnie, to nie można było oczekiwać niczego więcej po takiej reżyserii i ich prowadzeniu. Największa zaleta filmu to chyba scena podczas napisów końcowych, ale ponownie – bazuje ona (jak i pamiętny utwór przewodni) na "The Thing" z 1982 roku.

Film miał potencjał – przy odpowiedniej fabule, doboru reżysera i raczej postawieniu na kontynuację aniżeli prequel można byłoby niewątpliwie choć w jakimś stopniu stworzyć godnego następcę "Coś".

★★★ na 10 gwiazdek

PS. Polecam posłuchać pomysłu jednego z fanów na kontynuację filmu – brzmi dużo lepiej niż cały horror z 2011 roku! Część I | Część II

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podsumowanie 2012

Wraz z końcem roku chciałbym zebrać grono najlepszych filmów w krótką notkę. Dodam, że biorę pod uwagę również filmy starsze z polską datą premiery przypadającą na 2012 A.D. Zdaję sobie sprawę również, że sezon Oscarowy przede mną, więc wiele, prawdopodobnie dobrych filmów nie znajdzie się w tym mini-rankingu.

Operacja Agro (2012) reż. Ben Affleck 
Trzeci pełnometrażowy film Afflecka jako reżysera i kolejne pozytywne zaskoczenie. Przedstawiona historia, oparta na faktach poprowadzona z jajem, w sposób bardzo dynamiczny sprawia, że wzrok widza ani na chwilę nie odbiega od ekranu. Pełna napięcia opowieść o odbiciu ambasadorów łączy błyskotliwy humor z ciętą satyrą na ówczesne Hollywood. Palce lizać. Afflec tym filmem udowodnił, że jako reżyser nie boi się wyzwań, a jako aktor, że wciąż jest w formie, a czasy malinowej "Gilgii" czy "Daredavila" dawno przeminęły. Więcej takiego kina proszę.

 

The Perks of Being a Wallflower (2012) 
reż. Stephen Chbosky 
Cudowny film, bardzo bliski mojemu sercu. O samotności, trudach dorastania, o pierwszym zauroczeniu. Niesamowita lekkość z jaką reżyser ukazuje nam kolejne wątki i odsłania postacie zasługuje na pochwałę, jak również muzyka czy grono młodych aktorów z Hermioną włącznie :) Pewnie nie raz do niego powrócę.  Już od samego początku film mnie beznamiętnie porwał, a bohaterowie oczarowali. Nawet kiedy film wchodzi w mroczniejsze tony, jak wątek molestowania czy załamania nerwowego, nie traci swojej energii ani magii filmowego świata.Odrobinę więcej tutaj.


Pół na pół (2011) 
reż. Jonathan Levine (premiera DVD w Polsce)
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że film Levine'a to kolejna kumpelowska komedia z Sethem Rogenem. Nic bardziej mylnego. "50/50" to nieszablonowa historia o zmaganiu się z chorobą, własną rodziną, przyjacielem i miłością, jednak nie pozbawiona opowieść humoru. I to właśnie Seth Rogen napędza film, jego postać wspaniale balansuje wątki Gdyby nie ona to nie wiem czy film by tak dobrze się oglądało, konstrukcja bohatera granego przez Gordona-Levitta miejscami zawodziła trochę zbyt rozczulonym podejściem, zmianą nastrojów, spodziewałem się po głównym bohaterze bardziej ożywczej postawy (chociaż takowe przejawy oczywiście w filmie występowały – chociażby scena kiedy Adam dowiaduje się o chorobie i nie może przyjąć do wiadomości tego, bo przecież zdrowo się odżywia i nawet segreguje śmieci), chociażby takiej prezentowanej przez wymienionego Rogena. Jednak i tak aktor ujął mnie w dwóch scenach na tyle, że jestem w tanie wybaczyć ciągłą ambiwalencję postaci przez większość filmu. Pierwsza z nich to wyładowanie emocji w samochodzie po pierwszej przejażdżce samochodem Adama, a druga to emocjonalna, przepiękna scena pożegnania z matką, której skądinąd mógł już więcej nie zobaczyć, tuż przed samą operacją.


Wojownik (2011)
reż. Gavin O'Connor (premiera DVD w Polsce)
Na początku sierpnia o "Wojowniku" pisałem tak: Zignorowany całkowicie przez dystrybutorów w Polsce, "Wojownik" okazuje się być jedną z najlepszych pozycji zeszłego roku, a także jednym z najlepiej wykonanych filmów z gatunku kina sportowego obok "Moneyball" z Bradem Pittem. Historia o dwóch braciach, skłóconych z ojcem, którzy stają na przeciwko siebie na ringu, maksymalnie angażuje widza, ekscytuje przedstawionymi intensywnymi walkami, a pod koniec całkowicie łapie za serce. "Wojownik" to fascynujący, dość kameralny obraz ze świetnymi kreacjami, rewelacyjnymi nakręconymi scenami walk i zakończeniem, nad którym po filmie na pewno wielu widzów wciąż będzie kontemplowało.


Wstyd (2011) 
reż. Steve McQueen (polska premiera 24.02.2012)
Podczas, gdy popkultura kreuje wizerunek o wyzwoleniu seksualnym społeczeństwa, łamie tabu na temat seksu, McQueen po raz kolejny, po “Głodzie”, łączy siły z Michaelem Fassbenderem, tworząc mocny film o zniewoleniu człowieka, wyzbyciu się uczuć i coraz większych trudności w nawiązywaniu relacji i okazywaniu uczyć. Dobry film, o kondycji obecnego społeczeństwa, pochłoniętego manią konsumpcjonizmu, nieradzenia sobie z relacjami. Na pewno warto obejrzeć.


Idy marcowe (2011)
reż. George Clooney (polska premiera 03.02.2012)
Clooney już w swoim debiutanckim filmie, “Niebezpiecznym umyśle” ukazał, że potrafi tworzyć kino zaangażowane w społeczno-polityczne aspekty, a przy tym angażujące i samego widza. Potwierdził to siedem lat temu, tworząc bardzo dobre “Good Night and Good Luck”, a teraz “Idy marcowe”, które na krok nie ustępują jego wcześniejszym dokonaniom. Oby kariera reżyserka szła dalej w tak dobrym kierunku. “Idy marcowe” to nie tylko świetny popis aktorstwa (a obsada jest naprawdę mocną stroną tego filmu), ale przede wszystkim mistrzowskie budowanie atmosfery rosnącej nieufności, zdrad, intryg.


Spadkobiercy (2011) 
reż. Alexander Payne (polska premiera 17.02.2012)
Kolejne miejsce w zestawieniu najlepszych filmów minionego roku przypada filmowi również z Clooneyem, lecz tym razem występującym tylko jako aktor. "Spadkobiercy" to skromny, jak na Payne'a, przystało film traktujący o samotności, próbie odbudowy relacji i poszukiwaniu własnego "ja". Szczery, zbudowany głównie na dialogach film subtelnie i z morałem wprowadza widza po prostu w dobry humor. Oprócz Clooneya, świetnie wypadła także przyszła Mary Jane, Shailene Woodley.


Mroczny rycerz powstaje (2012)
reż. Christopher Nolan
Najlepsza moim zdaniem część trylogii, wspaniale wiążąca wątki, a także odnosząca się, przez retrospekcje, w bardzo wielu miejscach do wątków z "Początku" i "Mrocznego rycerza". Jeśli miałbym wybierać najmroczniejszą i najbardziej surowy film z trylogii, byłby to właśnie Mroczny rycerz powstaje. Wiele tu przytłaczających wątków dotyczących rozprzestrzeniającej się anarchii, terroru, który nie można zapanować, braku nadziei mieszkańców Gotham i pewnie paru innych podobnych. Wszystko to sprawia, że również i widz emocjonalnie przeżywa sytuację z jaką zmagają się postaci z filmu.


Avengers (2012) reż. Joss Whedon
Kolejna adaptacja komiksu w zestawieniu. Na pewno mniej mroczna, filozoficzna i mniej głębsza od ostatniej odsłony Mrocznego rycerza :) Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że to chyba najbardziej rozrywkowy film 2012 r. Whedon umiejętnie połączył superbohaterów w jeden film, dlatego tym bardziej się cieszę i wierzę, że Joss powtórzy sukces w sequelu Avengersów.  Adaptacja ze świetnymi scenami akcji, wartymi zapamiętania kwestiami, a przede wszystkim dynamicznie poprowadzona i z humorem.


Niesamowity Spider-Man (2012) reż. Marc Webb
Nowy Spider-man niewątpliwie podzielił fanów Człowieka pająka. Ja jednak jestem zdania, że postać ta jest w dobrych rękach! Adaptacja komiksu w wersji Webba posiada wszystko to czego niestety zabrakło całej trylogii Sama Raimiego - niesamowitej lekkości, świetnego doboru obsady i wspaniałej chemii między bohaterami. Przyznam się, że świeżo po obejrzeniu filmu byłej lekko rozczarowany, jednak nie mam się co dziwić - poprzedni film reżysera, świetne "500 dni miłości" ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Brakowało mi scen akcji, ale przynajmniej te, które były w filmie zostały zrealizowane na świetnym poziomie.


American Pie: Zjazd absolwentów (2012)
reż. Jon Hurwitz & Hayden Schlossberg
Mówicie co chcecie :) Na niewielu filmach w kinie mogłem doświadczyć takiej sytuacji, że pod koniec seansu na sali rozległy się brawa. Taka sytuacja miała miejsce właśnie na moim wieczornym seansie American Pie. To tak zbaczając od tematu to bardzo pozytywna reakcja widowni, przynajmniej odstępstwo od gadania podczas seansu czy przeszkadzania. Sam film również okazał się lepszy niż się spodziewałem i chyba spokojnie mogę powiedzieć, że obok pierwszej części jest to najlepszy epizod American Pie. Dość dziwnie film skojarzył mi się z drugą częścią “Clerks – Sprzedawcy”. Może dlatego, że tu i tu pada wiele słów na temat dojrzewania, po części utraty swoich młodzieńczych ideałów itd. Ale na szczęście postać Stiflera zręcznie balansuje ten melancholijny klimat, robiąc np. kupę do lodóweczki czy stawiając się swojemu szefowi (btw. niezła rola znanego z serialu “Chuck” Vika Sahaya). Trochę nierówne wątki miłosne, ale nawet to mogę przebaczyć.


Ted (2012) reż. Seth MacFarlane
Jedna z moich znajomych na "fejsie" napisała, opisując czemu nie podobał się jej film, że "Ted" wpada w możliwe schematy. To chyba najgorsza obelga względem filmu, bo kto zna chociażby "Family Guya" od Setha MacFarlane'a wie, że autor świadomie bawi się formą i wieloma nawiązaniami do świata filmów, celebrytów, popkultury. "Ted" to dla mnie świetna komedia, przy której śmiałem się do rozpuchu.

Dziewczyna z tatuażem (2011)
reż. David Fincher (polska premiera 13.01.2012)
Po tym jak David Fincher pozostawił nas z obojętną twarzą Jesse'ego Eisenberga jako genialnego, lecz społecznie dysfunkcyjnego założyciela Facebooka i pobrzmiewającą piosenką Beatelsów, już wtedy wiedziałem, że na następny film twórcy "Podziemnego kręgu" polecę z wielką chęcią. Padło na ekranizację Stiega Larssona. Nie przeszkadzało mi w żadnym stopniu, to że Skandynawowie nie tak dawno nakręcili swoją interpretację książki. Fincher odwalił kawał dobrej roboty, podobnie jak aktorzy, odtwarzając ponury klimat świata z powieści.


Rzeź (2011)
reż. Roman Polański (polska premiera 20.01.2012)
Oglądanie najnowszego filmu Polańskiego to czysta przyjemność. Obserwowanie jak z pozoru niewinna i błaha rozmowa zmienia się w tytułową rzeź, teatr świata, w którym wywlekane są problemy nie tylko obu małżeństw, ale także kondycji współczesnego świata. Budowanie napięcia przez powolne ruchy kamery, zwrócenie uwagi na rekwizyty, małe elementy powodujące całkowite zmiany akcji to tylko niektóre ze smaczków filmu. Oparta na dialogu "Rzeź" to także wielki popis gry aktorskiej, balansującej między komicznym wyrazem a pokazaniem pazurków przez bohaterów.


Na koniec tego podsumowania chciałbym życzyć wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku, a a samemu sobie większego zapału do wędrówki do kina i pisania dłuższych notek.

sobota, 4 sierpnia 2012

Wojownik (2011)

Reżyseria:  Gavin O'Connor
Scenariusz:  Gavin O'Connor, Anthony Tambakis i Cliff Dorfman
Aktorzy: Joel Edgerton, Tom Hardy, Nick Nolte, Jennifer Morrison.
Zdjęcia: Masanobu Takayanagi
Muzyka: Mark Isham
Premiera: 2011-09-09

Zignorowany całkowicie przez dystrybutorów w Polsce, "Wojownik" okazuje się być jedną z najlepszych pozycji zeszłego roku, a także jednym z najlepiej wykonanych filmów z gatunku kina sportowego obok "Moneyball" z Bradem Pittem. Historia o dwóch braciach, skłóconych z ojcem, którzy stają na przeciwko siebie na ringu, maksymalnie angażuje widza, ekscytuje przedstawionymi intensywnymi walkami, a pod koniec całkowicie łapie za serce.

Filmowi chyba najbliżej jest do "Zapaśnika" z 2008 roku. W obu obrazach, niczym feniks z popiołu, powstają dwa aktorskie tytany (Mickey Rourke, a tutaj Nick Nolte) i dają popis wspaniałego aktorstwa; a także ogólna atmosfera i wydźwięk filmów jest podobny. Niewątpliwie jest to perełka w gatunku kina sportowego. Wspaniale wyreżyserowane zostały nie tylko walki na ringu, ale przede wszystkim skomplikowane relacje między bohaterami. Co ciekawe, na przykład dwójka braci przez cały film wymienia kilka słów, i to dość gorzkich, tylko w jednej scenie (!). Mimo to widz ma wrażenie, że zna te postacie dogłębnie i bez problemu może się z nimi utożsamić. Dlatego też film trudno nazwać kinem dialogu, choć nie jest to minimalistyczne kino, to ekspresyjnym elementem wyrażania emocji przez bohaterów staje się właśnie ring (lub określenie klatka jest tutaj bardziej trafione).

Tom Hardy i Joel Edgerton w filmie Wojownik (2011)
Fabuła jest prosta, to fakt. Bez większych analiz, podczas oglądania filmu, możemy domyślić się schematu filmu, jego zakończenia i tego kto w finale stanie na przeciw siebie. Jednak reżyser, Gavin O'Connor, wykrzesał z filmu niezwykły potencjał, dzięki czemu obraz naprawdę intryguje i wciąga widza w dalszy rozwój zdarzeń. Choć zarys fabuły może wydawać się mało skomplikowany, to jednak relacje między bohaterami już takie są. Dobrym przykładem do przytoczenia tutaj jest paradoks, na jakim opiera się kontakt Tommy'ego z jego ojcem. Kiedy papa oznajmia mu, że już przez 1000 dni nie zajrzał do kieliszka, syn stwierdza, że wolał, gdy pił. Zbliżają się do siebie dopiero wtedy, kiedy Paddy sięga po alkohol w pokoju hotelowym.

Największą chyba siłą filmu są solidne kreacje aktorskie. Duet Edgerton-Hardy świetnie współgrał na ekranie. Każdy z aktorów stworzył pełnokrwiste, wiarygodne i wielowymiarowe postacie. Jednak Hardy'emu trafiła się bardziej tajemniczy, buntowniczy charakter, więc myślę, że z aktorskiej walki to właśnie on wyszedł zwycięsko. Jednak przede wszystkim to Nick Nolte gra tu pierwsze skrzypce, ojca, dawego alkoholika. Postać niejednokrotnie odrzucaną w trakcie filmu, wyniszczoną przez alkohol, chcąca odnaleźć w końcu wewnętrzny spokój.


"Wojownik" to fascynujący, dość kameralny obraz z świetnymi kreacjami, rewelacyjnymi nakręconymi scenami walk i  zakończeniem, nad którym po filmie na pewno wielu widzów wciąż będzie kontemplowało.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Wstyd (2011)

Reżyseria: Steve McQueen
Scenariusz: Steve McQueen i Abi Morgan
Aktorzy: Michael Fassbender, Carey Mulligan, Nicole Beharie, James Badge Dale
Zdjęcia: Sean Bobbitt
Muzyka: Harry Escott
Premiera: 2011-09-04 (Festiwal Filmowy w Wenecji)

Podczas, gdy popkultura kreuje wizerunek o wyzwoleniu seksualnym społeczeństwa, łamie tabu na temat seksu, McQueen po raz kolejny, po “Głodzie”, łączy siły z Michaelem Fassbenderem, tworząc mocny film o zniewoleniu człowieka, wyzbyciu się uczuć i coraz większych trudności w nawiązywaniu relacji i okazywaniu uczyć.


Obraz rozpoczyna się od serii monotonnych obrazków z poranków głównego bohatera, Brandona. Już przy początkowych ujęciach zauważamy, że będziemy mieli do czynienia z postacią wypaloną, rozczarowaną i znudzoną własną egzystencją. Główny bohater wytworzył coś na wzór parasolu ochronnego, na który składają się jego wizyty na portalach pornograficznych, spotkania z prostytutkami i masturbacja (która w filmie sprowadzona jest niemalże do rutyny – bohater w czasie pracy udaje się do toalety, starannie wyciera papierem deskę klozetową i zaczyna codzienną czynność), który stwarza mu mylne uczucie bezpieczeństwa i prawdopodobnie szczęścia. Ta skostniała struktura zaczyna pękać, kiedy w jego mieszkaniu zjawia się jego siostra, grana przez Carey Mulligan.

Pod wpływem Sissy zaczynać marność swojego życia, jego schematyczność i autodestrukcyjność. Kiedy jego siostra zaczyna romans z jego szefem, bohater czuje dyskomfort nie tylko z oczywistego powodu, ale także dlatego, że zaczyna widzieć w niej swoje lustrzane odbicie. Jednak konstrukcja postaci granej przez Mulligan uważam za najsłabszy punkt filmu. Za mało wyraziście nakreślono jej relację z bratem, użyto zbyt wielu ogólników. Przykładem mogą być przynajmniej dwie sceny, w których oboje rozmawiają w totalnym negliżu. Czy coś między nimi kiedykolwiek do czegoś doszło? Na to i wiele innych pytań, niestety McQueen nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi.


Michael Fassbender został słusznie doceniony, a jego brak nominacji do Oscara słusznie opłakiwany. Stworzył wiarygodny wizerunek współczesnego Everymana, opanowanego chęcią zaspokajania własnych potrzeb. Szczególnie podobał mi się motyw z jego randki z jego koleżanką z pracy i to, że mimo kobieta pociągała go, nie potrafił odwzajemnić jej uczuć. W następnej jednak scenie obserwujemy go przez kilka ujęć, uprawiającego seks z prostytutką. Kulminacją wydarzeń jest niepokojąca scena zbliżenia Brandona z innym mężczyzną. Reżyser wplątując w fabułę ten wątek, akcentuje mocno potrzebę akceptacji, szukania zrozumienia i przełamywania różnych tabów panujących wśród ludzi.

Dobry film, o kondycji obecnego społeczeństwa, pochłoniętego manią konsumpcjonizmu, nieradzenia sobie z relacjami. Warto obejrzeć.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Idy marcowe

Reżyseria: George Clooney
Scenariusz: George Clooney, Grant Heslov i Beau Willimon
Aktorzy: Ryan Gosling, George Clooney, Philip Seymour Hoffman, Paul Giamatti
Zdjęcia: Phedon Papamichael
Muzyka: Alexandre Desplat
Premiera: 2011-08-31

Spoilery w dalszej części tekstu

Clooney już w swoim debiutanckim filmie, “Niebezpiecznym umyśle” ukazał, że potrafi tworzyć kino zaangażowane w społeczno-polityczne aspekty, a przy tym angażujące i samego widza. Potwierdził to siedem lat temu, tworząc bardzo dobre “Good Night and Good Luck”, a teraz “Idy marcowe”, które na krok nie ustępują jego wcześniejszym dokonaniom. Oby kariera reżyserka szła dalej w tak dobrym kierunku.

Idy marcowe” to nie tylko świetny popis aktorstwa (a obsada jest naprawdę mocną stroną tego filmu), ale przede wszystkim mistrzowskie budowanie atmosfery rosnącej nieufności, zdrad, intryg. Przykładem może być świetna scena, kiedy to bohater grany przez Goslinga dzwoni z komórki zmarłej stażystki do gubernatora. Przy tym wszystkim padają słowa o władzy, polityce, społeczeństwie, ale na szczęście przemycone gdzieś niepostrzeżenie, a nie wpajane ochoczo widzowi prosto w twarz.

Ryan Gosling
Podobało mi się jak reżyser zamknął opowieść, pokazując jednocześnie, że historia lubi się powtarzać, czego najlepszym przykładem jest główny bohater, obdarty z wzniosłych ideałów, na koniec nie różniący się od swojego pracodawcy. Oczywiście to nie jedyna taka postać w filmie, bo równie dobrze pod ten sam schemat można z łatwością podpiąć postać Philipa Seymoura Hoffmana, który gotów jest zdradzić jakby się wydawało dobrego kolegę, tylko dlatego, że poczuł się on pominięty przy zaliczaniu zasług.

Kilka słów może Jeszce o zakończeniu, które jest bezsprzecznie mocnym punktem filmu. Osobiście nie byłem pewny czy w ostatnich sekundach filmu Stephen zacznie publiczną spowiedź, by choć po części oczyścić się z grzeszków, które popełnił podczas kampanii czy może też zacznie standardową gadkę, której jest wyuczony, ale w którą przestał wierzyć. Jego wyraz twarzy jednak świadczy raczej o tym drugim.

niedziela, 8 stycznia 2012

"We have to think differently!"

Reżyseria: Bennett Miller
Scenariusz: Steven Zaillian i Aaron Sorkin
Aktorzy: Brad Pitt, Philip Seymour Hoffman, Jonah Hill, Chris Pratt
Zdjęcia: Wally Pfister
Muzyka: Mychael Danna
Premiera: 2011-09-09

Fenomenalny! Sorkin po raz kolejny daje popis wspaniałego scenopisarstwa, tworząc kolejna po “Social Network” ciekawą historię ludzi dokonujących rzeczy na przekór innych. Choć to film o sporcie, to jednak typowych scen związanych w tym wypadku z baseballem jest niewiele, a jeżeli są to służą albo ukazaniu rozterek głównego bohatera w młodości albo relacjonowaniu przełomowych dla drużyny osiągnięć. Chociaż nie interesuje się baseballem ani trochę, to film naprawdę zrobił na mnie niemałe wrażenie.


Raz jeszcze muszę pochwalić scenariusz za to, że postacie w filmie mimo swojej determinacji, targane są niepewnościami, swoimi słabościami i niezrozumieniem płynącym z otoczenia. Film odrywa się od sztampowego wizerunku sportowców/menadżerów i ukazuje ich w mętnym świetle – pełnych niepewności, samotnych, niezrozumianych. Świetnie też nakreślono relację ojciec-córka, to właśnie nastoletnia Casey jest w pewnym momencie filmu główną determinantą działań głównego bohatera. Samo zakończenie to również majstrzyk, dawno nie czułem takiego natłoku myśli po zakończonym seansie.

Cieszę się, że Pitt nadal ma smykałkę do doboru ciekawych kreacji, jednak największe zaskoczenie zrobił na mnie znany z mniej poważnych ról Jonah Hill, który tutaj kradnie niejedną scenę. Muzyka też przecudowna, czy to dwie aranżację wykonane przez filmową córkę Billy’ego czy oczywiście ten "główny" soundtrack.

niedziela, 4 grudnia 2011

Sprawna intryga

Reżyseria: Brett Ratner
Scenariusz: Noah Baumbach, Bill Collage
Aktorzy: Ben Stiller, Eddie Murphy, Matthew Broderick
Zdjęcia: Dante Spinotti
Muzyka: Christophe Beck
Premiera: 2011-11-02

Jakość większych nadziei z filmem nie wiązałem. Wybrałem się na niego głównie dzięki nazwisku Baumbacha gdzieś wśród scenarzystów i całkiem niezłej obsadzie (Alda, Affleck, Leoni). Okazało się, że twórcy stanęli na wysokości zadania i skroili całkiem niezłą heist-comedy. Czuć tu inspirację starszym kinem przekrętu, chociażby gra Eddie’ego Murphy’ego przypomina jego rolę z komedii kryminalnych z jego szczytowego okresu w karierze. Chociażby dla niego warto przyjrzeć się filmowi, bo dla odmiany nie gra tu jednej z mnóstwa irytujących postaci, w jakie ostatnimi czasy się wcielał (i niestety kolejne takie wcielenie szykuje się wraz z nadchodzącą komedią “A Thousand Words”). Pozostali aktorzy również nie przeszarżowali z grą.


Wydaje mi się, że niezłe odebranie przez większość krytyków filmu Ratnera, co jest już sukcesem powoduje fakt, że film ani przez moment nie stara się na siłę rozśmieszać widza. Stąd mało tu gagów, niepotrzebnych dialogów. Twórcy na pierwszy plan wysunęli wątki kryminalne i obyczajowe, jednak równocześnie nie przytłaczając ciężarem filmu, a zręcznie i bezpardonowo wplatając w fabułę. Cały wątek skoku może i oklepany, twisty mało zaskakujące, jednak mimo, że całość sztampowa naprawdę nieźle opowiedziana i doprowadzona do finału, niekoniecznie happy-endu.

piątek, 4 listopada 2011

Ostatnio obejrzane

Drive (2011) reż. Nicolas Winding Refn
Spoilery Scenę w windzie, która została (słusznie) wyniesiona już do piedestału można uznać za cały film w pigułce. Są w niej bowiem wszystkie cząstki tego, z czego składa się film Refna – rosnące napięcie, pocałunek i przemoc (w tym wypadku roztrzaskanie czaszki) zaserwowana z dużą dozą autentyczności. Zresztą cały film gra na przeciwnościach, wspomniana scena jest tylko jedną z wielu. Jednak takie wystylizowanie opłaciło się – różowe napisy z czołówki, muzyka, gdyby nie czuje oko reżysera w ogóle by nie pasowały tutaj. Obraz czerpie garściami z ducha lat wcześniejszych kina – cząstkowa fabuła, oszczędna gra Ryana Goslinga (który przypomina swoim występem lata świetności aktorskiej kariery Eastwooda czy McQueena).


Jak zostać królem (2010) reż. Tom Hooper
Obraz zdecydowanie dużo słabszy w moim odczuciu od “Social Network”, “127 godzin” czy chociażby “Prawdziwego męstwa”. Oscara za najlepszy film jeszcze jakoś bym przebolał, ale nagrodzenie reżyserii zamiast mistrzowskiej roboty Davida Finchera przy “Social Network” trudno wybaczyć. Film jest całkiem dobry, jednak ma tendencję do wpisywania się w znane schematy. Faktycznie duet Firth-Rush nieźle sobie poradził, szczególnie w typowo humorystycznych sekwencjach filmu.


I'm not there - Gdzie indziej jestem (2007) reż. Todd Haynes
Niekonwencjonalne spojrzenie na życie legendy muzyki, Boba Dylana. Nietypowa biografia, nie tylko ze względu na to, że w postać wciela się kilka różnych aktorów, ale także przez liczne surrealistyczne momenty, liczne stylizacje i wiele nawiązań do popkultury i współczesnej historii.Wielu współczesnych twórców mogłoby wziąć przykład z głośnego filmu Folmana, jak kręcić kino wojenne, społecznie zaangażowane. Całość ubrana w formę wielu wywiadów jest naprawdę przekonywująca, emocje bohaterów, mimo, że animowanych wydają się bliższe rzeczywistości aniżeli w niej jednej produkcji dokumentalnej.

Najbardziej jednak podoba mi się to, że reżyser ani nie mitologizuje, nie uwzniośla swojego udziału w wojnie, ani swoich kolegów, lecz przeciwnie. Już na początku filmu mamy przedstawioną sekwencję, gdzie to młodzi, niedoświadczeni żołnierze oddają serię strzałów w niewinną rodzinę w samochodzie. Animacja z filmu jest wykonana w naprawdę bajeczny sposób.


Reżyser swobodnie operuje środkami, akcentując szczególnie bardzo liryczne momenty, jak np. fantazje bohatera o wielkiej kobiecie i zaraz po tym wybuchu statku czy taniec reportera wśród nabojów. Zabrakło mi jakiegoś rozwiązania całej akcji, komentarza do zdarzeń, które obserwowaliśmy przez całą animację. Musiał za to starczyć nam materiał nagrany w tamtym okresie.

Niewątpliwie siła filmu tkwi w znakomitym scenariuszu, który łączy losy pozornie odmiennych postaci, dając pełniejszy obraz skomplikowanej osobowości Dylana. Rewelacyjnie reżyser poprowadził aktorów, którzy wcielili się w kolejne wcielenia muzyka. Do tego film pełny różnych utworów Dylana, świetnie odzwierciedlających stan bohaterów na daną chwilę (moja ulubiona sekwencja – http://www.youtube.com/watch?v=Dc-42Y17ejQ). Szkoda, że mało dzisiaj w kinie tak nietypowych biografii, nietrącających o banał i wpisujących się w dobrze znane schematy. Świetny film!


Walc z Baszirem (2008) reż. Ari Folman
Wielu współczesnych twórców mogłoby wziąć przykład z głośnego filmu Folmana, jak kręcić kino wojenne, społecznie zaangażowane. Całość ubrana w formę wielu wywiadów jest naprawdę przekonywująca, emocje bohaterów, mimo, że animowanych wydają się bliższe rzeczywistości aniżeli w niej jednej produkcji dokumentalnej.

Najbardziej jednak podoba mi się to, że reżyser ani nie mitologizuje, nie uwzniośla swojego udziału w wojnie, ani swoich kolegów, lecz przeciwnie. Już na początku filmu mamy przedstawioną sekwencję, gdzie to młodzi, niedoświadczeni żołnierze oddają serię strzałów w niewinną rodzinę w samochodzie. Animacja z filmu jest wykonana w naprawdę bajeczny sposób.


Reżyser swobodnie operuje środkami, akcentując szczególnie bardzo liryczne momenty, jak np. fantazje bohatera o wielkiej kobiecie i zaraz po tym wybuchu statku czy taniec reportera wśród nabojów. Zabrakło mi jakiegoś rozwiązania całej akcji, komentarza do zdarzeń, które obserwowaliśmy przez całą animację. Musiał za to starczyć nam materiał nagrany w tamtym okresie.

środa, 14 września 2011

Ekipa: Koniec 8x8

Spoilery. Vince po nocy spędzonej z Sophią decyduje się na zawarcie z nią związku małżeńskiego. Ma się on odbyć w Paryżu jeszcze tego samego dnia. Eric pakuje się, zamierzając wylecieć do Nowego Jorku związku z ciążą Sloan. Ari decyduje się na odejście z firmy, by móc odzyskać żonę i dzieci...

Jak najbardziej satysfakcjonujące zakończenie serialu. Może nieco przesłodzone, bez fajerwerków, ale ostatnia emocjonalna scena na lotnisku z muzyką Led Zeppelina (utwór “Going to California”) rekompensuje wszystko. Pobodny finał odcinka miał epizod 7 z sezonu siódmego (odc. “Gotta Look Up To Get Dow”), w którym Ari przeżywa dylemat z podjęciem pracy dyrektora studia, a z drugiej strony nie chce stracić Vincenta.


Ulubione sceny z finalnego epizodu:
  1. Przede wszystkim mistrzowski, ostatni popis aktorstwa w wykonaniu Jeremy’ego Pivena jako Ari’ego w scenie w biurze, kiedy decyduje się zrezygnować z pracy na rzecz rodziny. Do tego muzyka puszczona przez Lloyda i Barbara próbująca zatrzymać współwłaściciela firmy (słyszy jedynie od niego “Shut the f*ck up Babs!” :))

  2. Rozmowa Ari’ego z córką Sarą. Pierwsza chyba ich taka szczera konwersacja w przeciągu całego serialu. Do tego agent dowiaduje się, że dziewczyna idzie w jego ślady jeżeli chodzi o pracę.

  3. Oburzenie Lloyda kiedy dowiaduje się, że Ari odchodzi z agencji. I jak zawsze świetna riposta Ari’ego: “You’ll always be the gay son I never wanted”.
Jedyne do czego można się przyczepić to cały wątek ze ślubem Vince’a, tak szybkim, zaledwie po jednej randce.


Wątki domknięte, zakończone happy endem. Niesamowity serial, który nie tylko oglądało się z zapartym tchem, ale kibicowało się bohaterom, przeżywało z nimi upadki i wzloty, jak napisał pewien recenzent – Ekipą” się żyje.

Miejmy nadzieję teraz na kinowy film, który sugeruje scena po napisach.

wtorek, 13 września 2011

Ostatnio obejrzane

Sucker Punch (2011)
Po takiej fali krytyki spodziewałem się dużo gorszej produkcji. Dostałem w rezultacie przeciętnego produkcyjniaka, jednak patrząc na nazwisko reżysera można poczuć spore rozczarowanie.

Nie sposób zgodzić się z większością recenzentów na temat tego, że bez solidnej podpory literackiej, jaką do tej pory w filmografii Snydera był komik (Strażnicy, 300), niestety film zmierza w niewiadomym do końca kierunku. Owszem na chwilę można z przyjemnością zawiesić oko na ładnie wyglądających aktorkach, sekwencjach rozwałek niczym z epileptycznych gier. Jednak na dłuższą metę taki schemat ni jak się sprawdza. W praktyce film staje się wtórny i nieubłaganie zmierza do niesatysfakcjonującego zakończenia.



Pi (1998)
Pierwsze mocne uderzenie od Aronofsky’ego!

W swoim debiutanckim filmie reżyser kreuje świat genialnego matematyka, stroniąc jednak od jednostronnych interpretacji. W rezultacie film opiera się o elementy psychodeliczne, technologicznego thrillera z religijnymi motywami na szczęście bez matematycznego żargonu. Niesamowite jak początkowy reżyser doskonale panuje nad tempem akcji, coraz to intensywniejszym podkręcaniem napięcia, towarzyszącego niepokoju i chaosu bohatera i budowaniem maniakalnej atmosfery między snem a jawą.

Nakręcony na czarno-białej taśmie z niepokojąca muzyką film jest również świetnie skonstruowany. Właśnie małe, ale wyraźnie zaakcentowane elementy jak na przykład mrówka czy judasz od drzwi oddziaływają na bohatera i w miarę rozwoju akcji zaczyna je inaczej postrzegać. Również klamrowa struktura filmu (motyw dziewczynki z kalkulatorem) pogłębia to odczucie.

Niezwykle wciągający, efektowny, sugestywny thriller wykonany sprawną ręką. Warto znać.



Wszystko w porządki (2010)
Reżyserka świetnie wyczuła nastrój filmu, stworzyła równie dobre postaci i nakreśliła między nimi nierzadko trudne relacje. Nie przesadzałbym z całą otoczką związaną z wątkiem homoseksualnym, co niektórzy chcą na siłę przypiąć filmowi.

Operując przede wszystkim dialogami film oferuje zaskakująco wiele, od wielu komicznych elementów (choć nie przeszarżowanych) kończąc na problemach młodzieży czy przedstawionym trójkącie miłosnym. Świetnie zagrany (słusznie doceniony Mark Ruffalo!), z dobrze dobraną muzyką komediodramat, w którym tkwi sporo pozytywnej energii.

sobota, 27 sierpnia 2011

Karol, ale czemu?

Reżyseria: Piotr Wereśniak
Scenariusz: Piotr Wereśniak i Ilona Łepkowska
Aktorzy: Piotr Adamczyk, Małgorzata Socha, Marta Żmuda-Trzebiatowska
Muzyka: Maciej Zieliński
Zdjęcia: Tomasz Dobrowolski
Premiera: 2011-01-21

Sequel (a raczej remake!) filmu "Och Karol" z 1985 roku pokazuje raz jeszcze nieudolność radzenia sobie przez polskich filmowców z wszelką maścią odmian komedii. Żart jest tutaj toporny, w ogóle nie śmieszny (może z dosłownie jedną sceną, w której jakiś dziennikarz pyta Adamczyka czy jest jeszcze jakiś Karol którego nie zagrał). Postać Karola w wykonaniu Piotra Adamczyka na siłę kreowana jest na zabawnego neurotyka, jednak na chęciach się skończyło.


Twórcy nawet nie próbują w najmniejszym stopniu zaangażować widza w to co dzieję się na ekranie. Wychodzą z założenia, że aktorki w bieliźnie wystarczą. Owszem cieszą oko, ale to potencjał co najwyżej na zwiastun. Podobnie jak inne polskie filmy z tego gatunku utrwala wizerunek Polaków jako pięknych, wykształconych, młodych ludzi, a Warszawę reżyser kreuje na najnowocześniejszą metropolię. Litości...

Zadziwia mnie takie powodzenie filmu w polskich kinach. Czyżby widzowie aż tak byli zdesperowani, by tak ochoczo targnąć na film, który od początku zbierał bardzo słabe oceny? A przecież w czasie pierwszego kwartału w polskich kinach nie brakowało produkcji o wiele ciekawszych.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Ekipa: Whiz Kid 8x4 (2011)

Po samobójstwie Carla, Vince wraz z Turtle'em musza stawić się na przesłuchanie. Vincent obawia się testu na obecność narkotyków w organizmie. Po wypalonej jakiś czas temu trawce boi się, że jego kariera może ucierpieć po niezdanym teście. Po radę udaje się do Billy'ego... Ari spóźnia się na terapię małżeńską. Sfrustrowana żona wychodzi ze spotkania podczas jego trwania.

Spoilery. Scena w łazience z Vince’em, który demonstruje E jego metodę pozytywnego przejścia testów na obecność narkotyków, to jeden z najzabawniejszych momentów całego serialu! Ubaw po pachy!!


Jedyne co nie wyszło w odcinku to początkowe dość mierne rozbudowanie dramatyzmu po wydarzeniu z poprzedniego odcinka, śmierci producenta-narkomana. Chociaż Turtle powtarzający ciągle: “Widziałem mózg” to także śmieszny motyw epizodu.

sobota, 20 sierpnia 2011

Ekipa: Home Sweet Home 8x1 (2011)

Świetny początek nowego i niestety ostatniego, ośmioodcinkowego sezonu.

Po 3-miesięcznej kuracji odwykowej Vince w końcu wraca do domu. Drama zaczyna wariować i usuwać z domu wszelkie rzeczy, które jego zdaniem mogłyby zaszkodzić odwykowi Vince'a. Ekipa postanawia zorganizować imprezę w domu, by upilnować aktora. Ari w rozmowie z żoną dowiaduje się, że zaczęła spotykać się z kimś...


Po nieco mrocznym poprzednim sezonie, w którym losy bohaterów strasznie się chwiały (ze szczególnym wskazaniem na Vince’a), odcinek zapowiada raczej stonowany sezon, powracający do tradycji pierwszych sezonów. Małe trochę pole do popisu miał Jeremy Piven jako Ari, który przecież do tej pory kradł wszystkie sceny, w których wystąpił.

Liczę na równie udane jak ten kolejne odcinki i satysfakcjonujące zakończenie tego wspaniałego serialu.