Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 grudnia 2015

1:0 dla Jobsa w starciu z Armstrongiem

Pod koniec bieżącego roku na ekranach polskich zadebiutowały dwa biograficzne filmy o znanych i dość kontrowersyjnych postaciach. Pod koniec października pojawiła się "Strategia mistrza", która podjęła temat wzlotu i upadku najsłynniejszego chyba amerykańskiego kolarza, Lance'a Armstronga, a tydzień temu do szerokiej dystrybucji wszedł "Steve Jobs" opowiadający życiu i karierze założyciela Apple. To dwie znacznie różniące się biografię, szczególnie pod względem realizacji i sposobu przedstawienia sylwetek postaci, które na trwałe wpisały się we współczesną historię. W tym pojedynku bez wątpienia sukces odniósł Jobs.

fot. Universal Pictures | fot. StudioCanal

Zestawiając filmy obok siebie "The Program" wygląda jak zadanie domowe wykonane na kolanie 5 minut przed lekcją, gdy film "Steve Jobs" sprawia wrażenie porządnie wykonanej pracy – szczelnego, konsekwentnego i dopiętego o najmniejsze szczegóły filmu. Obie produkcje wzięły historię intrygujące, które bez wątpienia są warte uwagi i analizy, więc nie można powiedzieć tutaj nic o nierównym starcie. To co kompletnie nie zagrało w filmie o Armstrongu to nagromadzenie zbyt dużego materiału w niespełna 2-godzinnym filmie. Oglądając "Strategię" można dostać istnej zadyszki, gdy rzuca kolejnymi faktami, wydarzeniami, wątkami, na ekranie pojawia się wiele nowych postaci, które jednak znikają tak szybko jak się pojawiają, ustępując miejsca dla innych bohaterów. Problem to chęć przedstawienia zbyt dużego okresu z życia założyciela fundacji Livestrong. Historia Armstronga nadaje się na serial, a przynajmniej na mini-serial, więc nic dziwnego, że przy scenariuszu skupiającym się na mnóstwie wątków, film traci na wartości i po pewnym czasie staje się po prostu standardową biografią.

Nie zrozumcie mnie źle – "Strategia mistrza" to nadal niezły film, może nie bardzo dobry, ale to przyzwoite 100 minut, które jednak niczym Was nie zaskoczy. A szkoda, bo opowieść Armstronga wydaje się idealnym materiałem na mocną biografię o największym amerykańskim socjopacie. Strategia, jaką przyjął Steve Jobs, zaowocowała z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że nie jest to typowa wyliczanka wydarzeń z życia Jobsa. Coś podobnego widzieliśmy już w poprzedniej, mniej udanej biografii "jOBS "(co za tytuł – sic!). Po drugie skondensowano sposób, w jaki poznajemy tytułową postać. Widzimy go w otoczeniu ludzi, którzy będą wokół niego przez następne lata, o pozwoliło na dokładne zbadanie relacji, a przy tym charakteru Jobsa i innych uczestników tego przedstawienia. W końcu po trzecie, "Steve Jobs" zaryzykował niekonwencjonalnym poprowadzeniem fabuły – rozbiciem na trzy długie sceny, złączone bardzo sprawnie zmontowanymi sekwencjami "co się stało w międzyczasie". Sposób opowieści przypomina trochę "Birdmana", choć Sorkin już w 2012 roku zdradził jak wyobraża sobie filmu w jednym z wywiadów, więc nie można powiedzieć o jakiejkolwiek rodzaju plagiatu formy.

Kino dialogu w najlepszym wydaniu
Oba filmy zgromadziły bardzo utalentowaną ekipę aktorską. Co prawda Steve Jobs borykał się z obsadzeniem reżysera i odtwórcy głównej roli, ale w efekcie końcowym myślę, że połączenie utalentowanego Fassbendera pod czujnym okiem Danny'ego Boyle'a należało do trafnej decyzji. Nie można tego odmówić Strategii, gdzie znalazło się wiele uznanych nazwisk. Różnica polega na tym, że jednym dano do ręki arcygenialny scenariusz (piszę to bez najmniejszej przesady), natomiast Ben Foster wraz innymi musieli pracować, co tu dużo pisać, z prawdziwym bublem. W przypadku "Strategii" chciałoby się zastopować bieg wydarzeń w filmie i pooglądać aktorów w ich kunszcie. W "The Program" jest kilka scen, które zasługują na uznanie, ale przy ostatecznym rozrachunku giną wśród bardzo połowicznego potraktowania wątków. Jednym z takich segmentów jest niewątpliwie scena przed lustrem z Armstrongiem, gdzie ten udoskonala własną mimikę i modulację głosu, by wypaść jak najkorzystniej przed dziennikarzami na jednej z konferencji prasowych. Jak na razie dokument "The Armstrong Lie" najlepiej rozprawił się z tematem dopingu Armstronga i właśnie ten film poleciłbym zamiast fabularyzowanej wersji tej historii. Steve Jobs ma też swoje wady. Choć nie są tak widoczne i nie jest ich tak wiele jak w przypadku drugiej omawianej tutaj produkcji. Ograniczenie wątków w filmie do relacji z Johnem Scully, córką Jobsa, głównym programistą Macintosha i Joanną Hoffman pod koniec skutkowało, że dynamizm, z jakim film zaczynał lekko spadł pod koniec seansu.

Przejażdżka z epilepsją i ADHD
Kierunek opowiadania historii, prowadzenia aktorów i reżyserii w przypadku filmu "Steve Jobs" można określić jako mistrzowską strategię, podczas gdy "Strategia mistrza" to falstart i dość wymęczająca przejażdżka. Pierwszy z nich zasługuje na oglądanie w kinie, a w przypadku drugiego sprawia on miejscami wrażenie produkcji telewizyjnej, którą można obejrzeć bez większego zaangażowania i emocji. Na dobrą biografię Armstronga przyjdzie nam jeszcze poczekać (trzymam kciuki!), ale za to "Steve Jobs" może się poszczycić naprawdę rewelacyjną produkcją zapadającą w pamięć.

"Steve Jobs": 8+/10 chodź zastanawiam się nad oczkiem wyżej
"Strategia mistrza" 6/10 i to w gruncie rzeczy naciągane

wtorek, 27 października 2015

Rozmowy niekontrolowane

The End of the Tour (2015)

"The End of the Tour" to niezależny amerykański film, który mogli oglądać niedawno widzowie podczas szóstej edycji zakończonego American Film Festival odbywającego się w Nowych Horyzontach we Wrocławiu. Opowiadający prawdziwą historię wywiadu pisarza Davida Foresta Wallace'a przez dziennikarza Davida Lipskego, obraz zawiera wszystko co najlepsze, czego można by oczekiwać od niezależnego kina czy filmów biograficznych. To idealnie rozpisana historia zahaczająca o wiele tematów i balansująca między dramatycznymi momentami a tymi lżejszymi. W końcu, film Jamesa Ponsoldta przypomniał jak niewiele trzeba, by zrealizować rewelacyjne kino. Dla samego reżysera jest to z kolei kolejny już solidnie wykonana robota po Wyjść na prostą i Cudowne tu i teraz.

The End of the Tour to niezależny amerykański film, który mogli oglądać niedawno widzowie podczas szóstej edycji zakończonego American Film Festival odbywającego się w Nowych Horyzontach we Wrocławiu. Opowiadający prawdziwą historię wywiadu pisarza Davida Foresta Wallace'a przez dziennikarza Davida Lipskego, obraz zawiera wszystko co najlepsze, czego można by oczekiwać od niezależnego kina czy filmów biograficznych. To idealnie rozpisana historia zahaczająca o wiele tematów i balansująca między dramatycznymi momentami a tymi lżejszymi. W końcu, film Jamesa Ponsoldta przypomniał jak niewiele trzeba, by zrealizować rewelacyjne kino. Dla samego reżysera jest to z kolei kolejny już solidnie wykonana robota po Wyjść na prostą i Cudowne tu i teraz.

Prawdziwy popis dają jednak aktorzy, a szczególnie Jason Segel i dotrzymujący mu tempa Jesse Eisenberg w głównych rolach. Zostali doskonale obsadzenie w swoich rolach i wspaniale współpracują ze sobą na ekranie. Czuć wyraźną chemię między postaciami i autentyczność w tej relacji. To prawdopodobnie najlepsze role w jakich widziałem tych aktorów i coś czuję, że długo tak pozostanie. Obserwowanie na ekranie połączenia ich dziwaczności i introwertyzmu z niezwykłą wrażliwością był czymś czego nie widziałem w filmie już dawno. Postacie mają swoje kompleksy i demony, które portretują aktorzy nie przesadzając jednak z manieryzmem. Nie ma więc nadekspresywnych scen z kłótniami i wykrzykiwaniem na siebie, co jest czasami bolączką "gadanych" filmów. Najbardziej emocjonalna scena między jednym Davidem a drugim pod koniec filmu odbywa się w zupełnym spokoju i ma charakter niejako katharsis dla obu stron.


Jednym z głównych motywów scenariusza autorstwa Donalda Marguliesa, opartego jest na książce Lipsky'ego "Although Of Course You End Up Becoming Yourself", jest rozprawianie się z mitem pisarza. David Foster Wallace odnosi się do swojego sukcesu ze szczególnym dystansem. W głębi jest dalej nieśmiałym mężczyzną, który przeżywa stres zanim wejdzie na scenę i wygłosi kilka zdań. Podobnie z konstrukcją w filmie Davida Lipskiego, który nie jest przedstawiony jako idealny dziennikarz. Nie waha się by wykorzystać nieobecność Wallace’a do pomyszkowaniu po jego domu, a w wielu rozmowach przemawia przez niego lekka zazdrość o dokonania pisarskie.

Niezwykłość tego obrazu polega na tym, że potrafi on dotknąć najbardziej fundamentalnych spraw związanych z naturą człowieka, sukcesem, stosunkiem do sławy i innych ludzi, a w następnej chwili cieszymy się razem z bohaterami z wizyty w kinie na Tajnej broni czy obżarstwem fast-foodami w drodze w samochodzie. Rozmowy na przykład o Szklanej pułapce (tej pierwszej!) czy piosenkarce Alanis Morissette są niewymuszone i bardzo codzienne. The End of the Tour to fantastyczne kino dialogu i po części drogi, które udowadnia to na każdym możliwym kroku. Jak na razie uważam nowym film Ponsoldta za najlepszy tegoroczny obraz. Zdaję sobie sprawę, że najbliższe dwa miesiące przyniosą jeszcze sporo dobrego kina (liczę chociażby na nadchodzące biografie takie jak Steve Jobs i Strategia mistrza), ale nie przeszkadzałoby mi, gdybym ten sundance’owy film pozostał na najwyższym podium. Wiem, że na pewno pozostanie w mojej głowie na długi czas.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Dlaczego Sześć stóp pod ziemią nadal tak dobrze się trzyma?

Czemu "Sześć stóp pod ziemią", serial HBO emitowany w latach 2001-2005, po tylu latach tak dobrze się trzyma? Co sprawia, że w porównaniu z wieloma dzisiejszymi produkcjami telewizyjnymi wychodzi obronna ręką? Z okazji, że dzisiaj misja dokładnie 10 lat od premiery ostatniego odcinka serialu, spróbuję przeanalizować w czym tkwi siła serialu.


Finałowy odcinek, zatytułowany Everyone’s Waiting" zakończył trwający piec lat emocjonalny rollercoaster i po dzisiejszy dzień odcinek ten pozostaje jednym z najlepiej ocenianych finałów w historii telewizji. Nie mogę nawet wyobrazić sobie uczucia tej pustki fanów, którzy w 2005 roku obejrzeli finałowy odcinek na HBO. Dla wielu zakończył się najlepszy serial na antenie. Co dalej? Ale to już temat na inny wywód.

Dzisiejszych hitów w amerykańskiej telewizji trudno byłoby sobie wyobrazić gdyby nie serie, które formowały grunt i przełamywały kolejne bariery wśród których można wymienić niewątpliwie pierwsze sezony "Rodziny Soprano", "Prawa ulicy" czy "Oz". Do tej listy śmiało można dodać serial, który śledził losy rodziny prowadzącej dom pogrzebowy w Los Angeles. Poniżej trzy powody, które sprawiają, że serial ani trochę nie stracił na swojej aktualności od czasu debiutu na antenie.

Opowiadał o o rodzinie i zawiłych relacjach. Opowiadał o nas samych…


Wielu widzów, którzy przeżyli przygodę z serialem przyznaje, że SFU odcisnęło na nich pewne piętno i nawiązali z nim osobista więź. O ile Sopranos opowiadał o rodzinie mafiozów, Sześć stóp pod ziemią zawęża ten koncept. Oczywiście nie każdy musiał dorasta w domu pogrzebowym, ale z problemami, jakie przeżywały postacie z łatwością można się już utożsamiać. Ich gama jest bardzo szeroka, a spowodowane jest to tym, że w serialu występowały postacie w rożnym wieku, z rożnymi bagażami emocjonalnymi, z rożnymi temperamentami i tak dalej.

Jest Nate (Peter Krause), typ Piotrusia Pana, który nigdy nie chce dorosnąć i trochę za bardzo stara być się dobrym facetem, zmagającym się z samoakceptacja, Bogiem, rodziną. Jest tez David (Michael C. Hall), postać, która wokół serialu wzbudza chyba najwięcej kontrowersji ze względu na jego orientacje, odkrywający własne "ja" i otwierający się przed rodzina, znajomymi, światem. Dalej – Claire (Lauren Ambrose), najmłodsza z rodzeństwa, która próbuje rozgryźć kim będzie w przyszłości. Na koniec Ruth (Frances Conroy), która cierpi na kompleks nieustannej potrzeby pomocy innym, zapominając zarazem o własnych potrzebach. Jak widać postaci są zróżnicowane, a przecież oprócz tych pierwszoplanowych mamy cala paletę pobocznych, równie ciekawych i intrygujących. Tak wiec, na pewno nie zabraknie bohatera, z którym można się utożsamić podczas oglądania odcinków, kibicować czy w końcu za kimś zapłakać.

Większość ludzi w związkach myśli, że są niczym jak Ross i Rachel z serialu Przyjaciele czy Marshall i Lill w Jak poznałem waszą matkę. W rzeczywistości prawdziwe związki są bardziej skomplikowane i burzliwe jak losy Brendy (zdobywczyni Złotego Globa za rolę w serialu Rachel Griffiths) i Nate’a (czy nawet Keitha (Mathew St. Patrick) i Davida) z SFU oddają naturę dojrzałych związków. Serial oddal dość wiernie realia rodziny, relacji międzyludzkich i bagażu, który za tym idzie. Najważniejsze, seria pokazała, że jest całkowicie okej jeśli coś nie udaje się w związkach, w relacjach z rodzina i przyjaciółmi. Czuliśmy się przez to mniej dysfunkcji. A przynajmniej ja. SFU pozwoliło na skonfrontowanie rzeczywistości z oczekiwaniami. Życie to nie piknik, to nie hollywoodzka egzystencja bez problemów. To właśnie serial próbował przemycić pomiędzy wierszami.

“Well, you know, love isn’t something you feel, it’s something you do. If the person you’re with doesn’t want it, you know, do yourself a favor and save it for someone who does.”
–Nate Fisher

Kazał nam spojrzeć głęboko w oczy Śmierci


"Sześć stóp pod ziemią" było pierwszym serialem tego typu. Pozostaje po dziś dzień unikalny pod względem prezentowania śmierci i podchodzenia do tematu umierania i radzenia sobie z pożegnaniem bliskiego. SFU było odpowiedzią twórcy serialu, Alana Balla na zakopywanie w naszej kulturze smutku i zabierania za parawan w domach pogrzebowych osób, które wyraziły najmniejszy znak emocji towarzyszących pogrzebowi. Przez 63 odcinki mogliśmy kontemplować nie tylko nad życiem i śmiercią w sposób, w jaki żaden inny serial telewizyjny do tego nas w najmniejszym stopniu nie zmusił.

Ze względu, że rodzina Fisherow pracowała i równocześnie mieszkała w domu pogrzebowym, śmierć była zawsze tam obecna. (Prawie) każdy odcinek rozpoczyna się sekwencja pokazująca jak ponury żniwiarz zabiera kogoś ze sobą. Śmierć przypadkowych osób, których rodzina stawała się klientami zakładu pogrzebowego, była pretekstem do skonfrontowania ich własnych problemów, które przezywali. Ball w sposób imaginacji bohaterów, ich rozmów z nieboszczykami pokazał wewnętrzne zmagania, pragnienia i intencje bohaterów, tkwiące głęboko w naturze każdego człowieka.

Bardzo często zdarzało się, że watek śmierci jakieś osoby z początku odcinka był bardzo mocno powiązany z aktualnymi zmaganiami postaci jak na przykład David, próbujący zaakceptować własna seksualność, prowadzi w głowie dialog z zamordowanym gejem (odcinek 12 sezonu 1 "A Private Life") czy Nate, który dowiedział się o chorobie, wylądowujący frustracje na zmarłym zawodniku footboolowym z liceum (krzyczy "Czemu nie ty?" po czym dodaje "Myślałeś, że ominie cie to?"; odcinek drugi 2. sezonu "Out, Out Brief Candle"). Śmierć jest integralna częścią życia o czym przypomina serial na każdym możliwym kroku. Dlatego można powiedzieć, że jest to serial o radzeniu sobie ze stratą, korzystaniu z chwil, które nam zostały aniżeli o samej śmierci, która zajmuje mały procent w serialu w porównaniu do obserwacji jej konsekwencji.

Tracy Montrose Blair: “Why do people have to die? ”
Nate Fisher: “To make life important. None of us know how long we’ve got. Which is why we have to make each day matter. 

Bo jest dużo tańszy niż terapia


Alan Ball i jego wspaniały zespól scenarzystów (niektórzy z nich obecnie prowadzą własne seriale jak Jill Soloway docenianą serię "Transparent") nie raz w tej serii kazał nam konfrontować się z wieloma problemami natury psychologicznej i społecznej. W przypadku Nate’a obserwowaliśmy jego akceptacje choroby, nieplanowanego ojcostwa czy strachu przed powtórzeniem grzechów swojego ojca (wspaniała rola Richarda Jenkinsa!). To jedna z najlepiej opowiedzianych i przedstawionych egzystencjalnych podroży bohatera jaka widziano w telewizji.

W przypadku Davida mogliśmy zobaczyć jak postać radziła sobie z wiara, otwartym związkiem, adopcja czy przeżyciem traumatycznego wydarzenia z jednego odcinków czwartego sezonu. Brenda wraz z jej bratem Billym (Jeremy Sisto) ze zdiagnozowana choroba dwubiegunowa pozwolił inaczej spojrzeć na osoby niestanienie emocjonalnie, a także zastanowić się nad zagadnieniami odpowiedzialności, wolności i autonomii.

W w końcu zostaje sama Śmierć. Codzienność sytuacji, w których widzimy przez kolejne odcinki śmierci przypadkowych osób pokazuje, że ten moment może nastąpić w dowolnym momencie i śmierć nie czeka aż wyjaśnimy wszystkie sprawy, pogodzimy się z własna rodzina, przyjaciółmi i własnym sobą. Zostajemy zabrani. Życie było niełatwe dla Fisherow, ale przecież jest takie dla większości z nas. Oglądanie "Sześciu stop pod ziemią" to jak wizyta na kozetce psychoanalityka trwająca 63 godziny. Stawia was w niekomfortowych sytuacjach, przypomina co jest ważne i porusza, czasami bardzo mocno. Pisząc o SFU łatwo o kolokwializm, ale silą serialu jest właśnie to, że w prostych scenach, watkach i dialogach potrafił przemycić dojrzale, głębokie wnioski. Serial wytrzymał probe czasu dziesięciu lat, jestem pewien, że wytrzyma i kolejne tyle.

“I spent my whole life being scared. Scared of not being ready, of not being right, of not being who I should be. And where did it get me?”
–Nate Fisher
 

niedziela, 7 grudnia 2014

REMINISCENCJA: Sześć stóp pod ziemią - Pilot 1x01 (2001)

1x01: Pilot
data premiery: 3 czerwca 2001 r.
scenariusz i reżyseria: Alan Ball
czas trwania: 63 min.

Wściekasz się na niego czy na to, że wszyscy umrzemy?

3 czerwca 2001 r. O dziewiątej wieczorem na antenie HBO zadebiutował pilotażowy odcinek nowej serii, która jak się okaże będzie stanowić kamień milowy współczesnej telewizji. Stacja już w momencie premiery "Sześciu stóp pod ziemi" ugruntowała sobie pozycję stacji kablowej, która przykłada uwagę do jakości swoich seriali, czego dowodem może być powstała trzy lata wcześniej "Rodzina Soprano" czy seria "Oz". Współcześnie wyrosło wiele stacji serwujących naprawdę porządne seriale - Showtime, AMC czy FX, ale nadal dominujące wydaje mi się właśnie Home Box Office.

Moja przygoda z serialem zaczęła się około dziesięć lat później. Pilotażowy odcinek od razu wciągnął mnie bez reszty, postacie wydawały mi się na tyle interesujące, że zdecydowałem się z miejsca kontynuować oglądanie serii aż do samego końca. Wcześniej słyszałem i czytałem wiele dobrego na temat zakończenia, więc nawet w przypadku gdyby pilot w jakiś sposób nie spodobałby mi się, prawdopodobnie dalej kontynuowałbym "Six Feet Under". Szczególnie wówczas wpadły mi w pamięć sceny kończące pierwszy odcinek i wiążąca piosenka Waiting zespołu The Devils. Moja krótka opinia, którą zamieściłem na portalu fdb.pl brzmiała:
Rewelacyjny pilotażowy odcinek. Reżyser bez większych problemów bardzo przejrzyście i wnikliwie przedstawił nam bohaterów, ich relację. Świetny pomysł z tymi sekwencjami reklamowymi, szkoda tylko, że pomysł ten nie będzie kontynuowany w dalszych odcinkach. Do tego bardzo dobre sceny, w których bohaterowie rozmawiają ze zmarłym ojcem, Nathanielem (jak zwykle świetny Richard Jenkins). Podsumowując, mam świetne przeczucie co do serialu i liczę, że kolejne odcinki także niosą za sobą taki bagaż emocji, ironii i czarnego humoru jak pierwszy odcinek. [8.08.2011]
Teraz zasiadam do serialu na nowo. Nie pamiętając wszystkich rzeczy, wątków i postaci, ale też z innym bagażem życiowym. W sierpniu 2011 roku wystawiłem odcinkowi ocenę ośmiu na dziesięć gwiazdek. Z perspektywy dzisiejszego dnia mogę powiedzieć, że epizod zasługuje na dużo więcej. Przed samym seansem zastanawiać się w sens kolejnego odświeżania serii - czy aby powtórka serialu nie będzie zbyteczna i tak naprawdę nic nowego z niego nie wyniosę. Jednak już po kilku chwilach oglądania pilota uczucie to przeszło i zastąpiła je czysta przyjemność oglądania tego niezwykłego odcinka.

Pilotażowy odcinek rozpoczyna się inaczej niż większość epizodów, czyli przedstawioną sekwencją śmierci wraz z klepsydrą zmarłej/zmarłego/zmarłych. Pilot niewątpliwie można uznać za eksperymentalny, ponieważ widzimy zamiast tego reklamę karawanu. Prześmiewcze reklamy w sumie pojawiają się w odcinku trzy razy i stanowią sarkastyczne spojrzenie na pogrzebowy biznes oraz dobrze balansują dramaturgię w epizodzie. Tak czy inaczej w odcinku nie mogło zabraknąć śmierci. Czym byłoby "Sześć stóp pod ziemią" bez niej"?

Zbliża się Boże Narodzenie 2000 r. Nathaniel Fisher, głowa rodziny i dyrektor rodzinnego domu pogrzebowego, ma odebrać syna, Nate'a z lotniska. Nate, najstarszy z trójki rodzeństwa jest kierownikiem managera sklepu ze zdrową żywnością. Brat David nazywa go pakowaczem. Najmłodsza Claire jest jeszcze uczennicą liceum i zaczyna eksperymentować z narkotykami. Rodzinę złączy nie tylko wspólne jedzenie posiłku na święta, ale także śmierć jednego członka rodziny...

Znając już całą serię, ciekawie obserwowało mi się rozmowę żyjącego jeszcze Nathaniela Seniora z żoną, Ruth o drobiazgi jak czy jej mąż wziął leki na nadciśnienie czy kupił już soję dla Nate'a. Mężczyzna w trakcie jazdy słucha i podśpiewuje I'll Be Home for Christmas. Po prostu świetna scena. Sielankowy nastrój przerywa wjechanie Nathaniela wprost pod pędzący autobus. Bohaterów poznajemy w momentach, gdy dowiadują się o śmierci Nathaniela. Każdy na swój sposób radzi sobie ze stratą, ale jedno jest wspólne - świetne aktorstwo. Między odtwórcami ról naprawdę czuć chemię; nie wyobrażam sobie innego doboru obsady. Mogłoby się wydawać, że scenariusz SFU był skrojony pod większość aktorów serii.

Często pojawiających się w serialu imaginacji bohaterów, odzwierciedlających ich lęki czy pragnienia, nie mogło zabraknąć w pilocie. Chyba pierwszą imaginacją jest "ożywienie" ojca w kostnicy podczas identyfikacji jego zwłok przez Nate'a. Rzeczą, która zaskoczyła mnie przy powtórnym seansie odcinka jest zaskakująco dużo humoru. Dostrzegałem głównie jego dramatyczną i bardziej mroczną stronę. W pilocie humoru jest faktycznie sporo, ale jest on na pewno specyficzny. Jedną z moich ulubionych takich scen jest imaginacja Davida, w której krzyczy z całych sił. Kilka minut później w kolejnej scenie na organizowanym pogrzebie przez Fisherów, słuchając lekko natarczywej żałobnicy, która zachwalając dobór muzyki na pogrzebie podrywa mężczyznę, David faktycznie drze się w sali pełnej ludzi.

 Na osobny akapit zasługuje przedstawienie piwnicy domu Fisherów, w którym odbywa się przygotowanie zmarłych do pochówku. Powolne ruchy kamery wraz z muzyką tworzą chwilowe napięcie, które zostaje rozwiane w kolejnych minutach odcinka. Niegdyś, nie wiedząc o czym opowiada serial, byłem pewien, że "Sześć stóp pod ziemią" jest horrorem, najprawdopodobniej przez dopinany do serialu gatunek "czarnej komedii".

Najlepsze, najbardziej emocjonalne sceny wiążą się z samym pogrzebem Nathaniela. Rodzina trudniąca się organizowaniem pogrzebów, sama musi stawić czoła ze stratą członka familii. Podczas ceremonii pochówku dochodzi do symbolicznego konfliktu między Davidem a Natem o to, w jaki sposób ich ojciec powinien zostać pochowany, a także jak w ogóle cały biznes pogrzebowy powinien być prowadzony. Nate zarzuca bratu sterylność i robienie ze śmierci pretekstu do zarobku, podczas gdy sam uważa, że pogrzeb powinien być naturalistyczny oraz wyrażać prawdziwe emocje żałobników. W odcinku podaje za przykład takiego pochówku mężczyzn na Sycylii głęboko opłakiwanych przez matki, żony, córki.

Nie pamiętam ile razy oglądałem samo zakończenie odcinka. Jest perfekcyjne w każdym calu i świetnie dopełnia scenę z mniej więcej środka odcinka, w której Nate w swojej imaginacji umyślnie wpada pod autobus i ginie. Zaskakująca jest także umieszczenie w kadrach ostatniej sceny niby nic nieznaczących napisów typu "No lottering" na ścianie, przy której stoi Nate, "Accident" na ławce, na której siedzi Nathaniel czy w końcu najbardziej chyba dobitne "A Good Nights Sleep" na autobusie, którym odjeżdża zmarły ojciec rodziny. Widok Nate'a stojącego samotnie na ulicy i patrzącego na odjeżdżający autobus to widok bezcenny, którego nie zapomnę nigdy.


Powyżej klip z zakończeniem pilota. Piękna jest tutaj szczególnie retrospekcja z dzieciństwa Dave'a i Nate'a i pianowy podkład muzyczny skomponowany przez Richarda Marvina.

W odcinku jest jeszcze wiele świetnie poprowadzonych wątków, nie wspomnianych w tym recapie. Wyjawienie przez Ruth jej romansu, wprowadzenie postaci Frederica czy Keitha i wiele innych mniejszych rzeczy, jak na przykład subtelne odkrycie przez Claire kim właściwie jest policjant dla Davida, który przyszedł na pogrzeb jej ojca.

Pilot, jak pewnie nie zestarzał się w ogóle, a na pewno zestarzał się mniej niż poprzednie dzieło Alana Balla, "American Beauty".

Na sam koniec znaleziona usunięta scena z pilota, przedstawiająca Nate'a odwożącego Claire, niewątpliwie będącej jeszcze nabuzowaną po wypaleniu crystal meth.



★★★★★
Pozostało: 62 odcinki do końca
Następne w ramach cyklu Sześciu stóp pod ziemią: The Will 1x02 (2001)

niedziela, 13 października 2013

Terror w kosmosie jeszcze nigdy nie był piękniejszy... - Grawitacja (2013)

Filmy, które podejmują tematy związane z badaniem i odkrywaniem kosmosu często kojarzą mi się z aurą tajemniczości i monumentalizmu. Powiem już na początku - "Grawitacja" to nie druga "2001: Odyseja kosmiczna, ale nadal bardzo dobre widowisko, które słusznie zbiera sporo pochlebnych opinii zarówno od widzów jak i krytyków. Jeśli już miałbym podpierać się jakimś tytułem to powiedziałbym, że jest takie "127 godzin w kosmosie". Jak głosił tagline tego filmu sprzed trzech lat - nie ma silniejsze mocy aniżeli chęć życia - równie dobrze producenci mogliby wykorzystać podobnie brzmiącą sentencję. W obu przypadkach znajdziemy dominujący motyw walki o przetrwanie, aczkolwiek motywacje bohaterów są trochę inne.

 W zapowiedziach tego filmu można było usłyszeć temat przewodni ze zwiastuna obrazu "Gerry" z 2002 roku. Wspomniany utwór muzyczny to nie jedyna wspólna rzecz tych obrazów - oba były teatrem dwóch aktorów (nie licząc w "Grawitacji" głosów innych aktorów). Był czas, kiedy to kręciłem nosem na wybór Sandry Bullock do roli w poważnym dramacie. Jednak po seansie nie mogę powiedzieć o niej żadnego złego słowa. Będąc obecna na ekranie przez niemalże cały czas trwania filmu, na myśl nie przychodzi, że jest to ta sama aktorka, która zagrała jeszcze w tym samym roku w komedii kryminalnej "Gorący towar". Razem z towarzyszącym jej George'em Clooneyem tworzą wiarygodny i zgrany team. Trudno mówić tu o jakieś chemii, ale na pewno bardzo dobrze ze sobą współgrają.


Chyba pierwszy raz od bardzo dawna spotkałem się z tendencją, że zdecydowana większość widzów była zadowolona z seansu 3D i co najważniejsze polecała właśnie wybranie się na taki rodzaj projekcji. Cóż, muszę się zgodzić z tą grupą, bowiem film ogląda się znakomicie. Chyba nie byłoby przesadą, gdybym napisał, że widz czuje się przez taką dopieszczoną wizualnie stronę filmu jakby sam uczestniczył podróż z bohaterami. Praca kamery nie jest chaotyczna w bardziej dynamicznych momentach filmu, co nie jest niestety rzadkością w kinie osadzonym w podobnych plenerach. W scenie, w której Matt Kowalsky dryfuje na oparach, ciągnąc za sobą doktor Stone, zachwyca się widokiem, mimo że nie jest to jego pierwsza misja, dodając później, że będzie najbardziej za tym tęsknił.

Jeśli miałbym stawiać jakiekolwiek zarzuty filmowi to wspomniałbym tu o dość kruchym zarysowaniu historii dwójki bohaterów obrazu. O Matthew nie wiemy praktycznie nic z seansu, a z kolei wątek utraty dziecka przez Ryan kompletnie do mnie nie trafił. Zdecydowanie bardziej ciekawsze są oszczędne interakcje między tymi bohaterami. Chyba najbardziej pamiętną sceną pozostanie wyimaginowana przez Ryan rozmowa dwójki astronautów.


Film Cuaróna to zaprzeczenie ekscytujących częstyo pojawiających się w kinie motywów podróży kosmicznej. Podczas gdy główny bohater "Gattacki" (1997) dąży za wszelką cenę do bycia tam, na górze, Kowalsky wraz z Stone toczą dramatyczną walkę w nieważkości (w pewnym momencie Ryan mówi, że nienawidzi kosmosu). "Grawitacja" to surowy dramat o sile przetrwania i poświęcenia o mocy thrillera, który nie daje za wygraną aż do samego końca. To w końcu film o samotności, gdzie uczucie to potęguje coś co można nazwać terrorem w kosmosie - panująca całkowita cisza, ogromne wartości amplitudy temperatur (jak informują nas początkowe napisy), przytłaczająca pustka i ograniczony poziom tlenu. Jeśli kogoś to nie przekonuje to pozostaje przepiękna strona wizualna filmu, której ulegnie wymagający widz.

sobota, 21 września 2013

Coming-of-age w najlepszym wydaniu! - Uciekinier (2012)

Najnowszy film Jeffa Nicholsa przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Historia z gatunku coming-of-age mimo, że na pierwszy rzut oka nie kryje nic specjalnego i można by pomyśleć, że nic w tym temacie nie da się więcej opowiedzieć. Nic bardziej mylnego. "Mud" udowadnia, że przy dobrym scenariuszu udaje się opowiedzieć niebanalną historię, włączając w to dramat kryminalny z mieszanką dramatu rodzinnego i przygodowego. Żałuję, że dość długo odkładałem seans tego filmu. Dwie godziny z hakiem zleciały naprawdę szybko, a finał filmu sprawia, że widz czuje więź z przedstawionymi protagonistami.

Z drugiej strony ciężko tutaj operować pojęciami protagonista czy złoczyńca. Oczywiście w przypadku tego drugiego łatwo powiedzieć, że są nimi ludzie polujący na głównego bohatera, dowodzeni przez Kinga, ojca zamordowanego jednego z synów. Cały film jest jednak dość niejednoznaczny, a najbardziej widać tą tendencję patrząc na postać Muda. Zagrany perfekcyjnie przez Matthew McConaughy'ego mężczyzna to klasyczny badass z filmów z lat 70/80. Skryty, niewiele mówiący (choć nie do przesady, żaden z niego introwertyk siedzący gdzieś w kącie) przywodzi na myśl postawionych w sytuacji bez wyjścia bohaterów, którzy muszą rozliczyć się z przeszłością. Rola napisana i zagrana jest naprawdę niesamowicie. Rekomendacja z polskiego plakatu mówiąca o wielkiej, oscarowej roli aktora na pewno nie jest w żadnym stopniu przesadzona. Widać, że ostatnio McConaughy trafniej dobiera sobie role. W ostatnich latach gościł już na planie takich twórców jak Richard Linklater ("Bernie"), Lee Daniels ("Pokusa"), William Friedkin ("Zabójczy Joe") czy Steven Soderbergh ("Magic Mike"), a niedługo zobaczymy także filmy Nolana i Scorsese, w których da niewątpliwie popis swoich umiejętności. Ja z kolei najbardziej czekam na "Dallas Buyers Club", w którym przeszedł niesamowitą transformację, przywodzącą na myśl tą Bale'a do roli w "Mechaniku".


Owszem, McConaughy jest świetny, ale pierwsze skrzypce współgrają także młodzi aktorzy. Tye Sheridan, który zadebiutował na dużym ekranie w "Drzewie życia" i tym razem odnajduje się bez problemu w świecie, w którym rozgrywa się akcja filmu. Partneruje mu debiutujący Jacob Lofland, który również poradził sobie z otrzymaną rolą. Portret jaki tworzą to młodzi nastolatkowie, którzy nieco znudzeni czy nawet zawiedzeni światem dorosłych, pomału wkraczają właśnie w ich rzeczywistość. Łatwo zrozumieć tym bardziej przesłanki, dlaczego tak łatwo zafascynował ich Mud, jego przeszłość i historia związku z Juniper. Obok głównego wątku rozgrywa się dramat rodzinny, który jest dobrze rozplanowany i umiejętnie plasuje się wśród innych wątków filmu, wyjaśniając niektóre kroki i postępowania Ellisa.

"Uciekinierowi" nie można odmówić także zręcznego nawiązywania z widzem więzi z bohaterem granym przez McConaughy'ego i młodszych aktorów. Wątki filmu, nawet te poboczne jak ten z pierwszą miłością jaką doświadcza Ellis są bliskie widzom, a przynajmniej ja czułem się tak podczas seansu. Mimo, że jak pisałem wcześniej scenariusz filmowy nie jest ani jakoś szczególnie skomplikowany, to należy pochwalić go za dobry portret południa Stanów, a także satyrę na religię, którą możemy obserwować w scenie, w której King zbiera zebranych i prosi by pomodlili się z nim za szybką śmierć Muda. Jeśli mowa już o scenopisie to podobało mi się przemycenie w niektórych dialogach pewnej symboliczności. Na przykład w scenie, w której grany przez Michaela Shannona (trzecia kolaboracja z tym reżyserem) bohater w rozmowie z Ellisem mówi o tym, że w wodzie (otaczającej wysepkę, na której zatrzymał się Mud) jest pełna śmieci i nie warto wszystkiego wyciągać.


Jedyne zastrzeżenia miałbym do polskiego dystrybutora filmu, którym było Forum Film Poland. O ile nie mogę jakoś szczególnie przyczepić się do plakatu promującego obraz (szybka przeróbka oryginalnego postera z nawet z nienajgorszym tagline'em), to sam tytuł odbiera filmowi, przynajmniej w pierwszych 30 minutach, pewnych niedopowiedzeń. Nie rozumiem czemu nie zdecydowano się pozostawić prostego tytułu "Mud". "Uciekinier" od razu sugeruje nam to, że bohater McConaughya jest zbiegiem, który ukrywa się przed policją. Kiedy już widz oczekuje na happy end pod koniec filmu - łódź w końcu na wodzie i plan z dziewczyną Muda wydaje się wypalić, Nichols burzy tą chwilową atmosferę jedną z najlepszych scen w filmie, jaką jest pełna napięcia, świetnie wykonana scena strzelaniny z małym twistem w postaci tego kto jeszcze stanie po stronie Muda. Podczas oglądania tych sekwencji na myśl przyszedł mi film Eastwooda "Doskonały świat". W "Uciekinierze" jednak śmierć jest pozbawiona patosu znanego z wspomnianego obrazu. Przed "otrzymaniem kulki" Mud nie spowiada się nikomu z tego co zrobił ani nie wygłasza żadnej mowy. To co go spotyka jest nagłe i jakikolwiek inny zabieg zaburzyłby rytm, jaki wypracował film.

Jeff Nichols to z pewnością bardzo obiecujący filmowiec. Na koncie oprócz "Muda" ma także dwa pełnometrażowe filmy, które muszę nadrobić. Coś czuję, że jeszcze nie raz zaskoczy nas ten reżyser.

niedziela, 15 września 2013

Solidnie, ale bez iskry - Jobs (2013)

"Jobs" to nie pierwsza próba zmierzenia się na ekranie z postacią Steve’a Jobsa. Prawie dekadę temu w postać tego technologicznego wizjonera wcielił się (i to z dobrym skutkiem) Noah Wyle, a sam film, zatytułowany "Piraci z Krzemowej Doliny", okazał się udaną produkcją. Jeszcze w tym roku powstało i miało premierę bardziej komediowe spojrzenie na życie Jobsa - "iSteve". Jak wypada na tle tych filmów nowa biografia?

Film otwiera prezentacja z 2001 roku, na której Jobs zaprezentował światu urządzenie muzyczne iPoda. Poza kilkoma detalami, o których zaraz wspomnę, wszystko jest jak na razie w porządku - Ashton Kutcher naprawdę przypomina Jobsa, trafnie naśladuje jego gesty, ruchy (lekkie przygarbienie, specyficzny chód) i sposób mowy. Następne sceny przenoszą widza na kampus college'u Reed. Tutaj poznajemy młodego przyszłego założyciela Apple Computer, obserwujemy jego doświadczenia z kwasem, związek z Chris-Ann, pracę w Atari i w końcu zawiązanie współpracy z maniakiem komputerowym, Steve’em Wozniakiem (w tej roli Josh Gad). Dalej obserwujemy jak firma z garażu przenosi się na "wielkie salony", a sam Jobs z buntowniczego młodzieńca przemienia się w perfekcjonistycznego biznesmena.

Reżyserią zajął się niezależny filmowiec Joshua Michael Stern, który na swoim koncie ma takie filmy jak "Nigdylandia" i "Najważniejszy głos". Nie można mu odmówić dobrego poprowadzenia całego grona aktorów, jednak film cierpi na problem z utrzymaniem odpowiedniego tempa fabuły i zbyt małego angażowania widza w wydarzenia, które dzieją się na ekranie. Nie dziwię się kiedy przeczytam na forach osoby piszące, że film jest "nudny" czy "monotonny". Zabrakło przede wszystkim nakreślenia emocjonalnej strony głównego bohatera jak i całego tła. Owszem, w filmie jest kilka całkiem niezłych emocjonalnych sekwencji, jednak na dłuższą metę nie potrafią podtrzymać całej historii. Wśród nich na pewno trzeba wspomnieć o rozmowie jaką stoczył Steve z drugim Steve’em, w której wyjaśnia mu powody swojego odejścia z Apple czy scena, w której Jobs przechadza się po swoim garażu, tam gdzie wszystko się zaczęło i wpada w ramiona ojca. Jakby pretensjonalnie to nie brzmiało, to jednak jedne z najlepszych momentów filmu.

Scenariusz debiutanta Matta Whiteleya, który jak czytamy w materiałach prasowych do tej pory był dyrektorem marketingu w wytwórni, na pewno nie jest tragiczny. Odhacza podręcznikowo kolejny ważne wydarzenia z życia Jobsa, przeskakując z jednego roku do kolejnego. Zabrakło przede wszystkim drążenia kąśliwych wątków z życia założyciela Apple, takie jak nieślubne dziecko, Lisa czy stagnacja, w jaką zapadł Steve kiedy rozpoczynał działalność swojej firmy NeXT (wydał sporą sumę dolarów za logo przedsiębiorstwa, które nie zaczęło nawet produkcyjnej działalności). Jeśli mówimy o tym czego zabrakło, znawcy biografii Jobsa pewnie zauważą także pominięcie wątku Pixara i współpracy przy filmie "Toy Story".


Trzeba jednak pochwalić film, że nie jest kopią, wcześniej już wspomnianych, "Piratów z Krzemowej Doliny". W najnowszej biografii nie pojawia się w ogóle postać Billa Gatesa (w jednej scenie jedynie Jobs rozmawia z nim przez telefon) i nawet nieszczególnie czuć brak obecności tej osoby. Cieszy mnie za to fakt, że w scenariuszu znalazło się tyle miejsca dla ukazania perfekcjonizmu Jobsa, który miejscami zyskiwał znamiona tyranii. Konfrontacje z pracownikami czy zarządem są ciekawym spojrzeniem na ten aspekt osobowości Steve’a.

Na pewno jednym z najmocniejszych elementów całego filmu jest aktorstwo. Jak na niezależną produkcję reżyserowi udało się zebrać grono utalentowanych i znanych aktorów. Na drugim planie znaleźli się tacy aktorzy jak Matthew Modine, J.K. Simmons, Dermot Mulroney czy James Woods. Temu ostatni na ekranie gościł góra minutę, a pozostali sprawdzili się w swoich rolach, jednak przez spłycenie scenariusza nie mieli szans na pokazanie czegoś więcej. Ashton Kutcher, którego wybór do tej roli od początku budził wiele kontrowersji, jest jednak mocnym punktem tej produkcji. Aktor naprawdę przygotował się do zagrania tej postaci - przeszedł na dietę frutariańską, którą stosował również sam Jobs, jak i spędził trochę czasu nad materiałami archiwalnymi, w których uczył się wspomnianych gestów i ruchów Jobsa. Takie "ryzykowne" sceny jak ataki złości, płaczu czy frustracji wyszły naprawdę nie najgorzej.


Już w pierwszej scenie filmu - prezentacji iPoda możemy usłyszeć fatalny, przesadnie ckliwy temat muzyczny, który w mniej lub bardziej podobnej formie będzie przewijał się przez cały film w podniosłych momentach. Połączenie kompozycji muzycznej z przemową w filmie Jonathana Ive’a (Giles Matthey) na temat dlaczego nie chce odejść z Apple było katorgą dla uszu. Element ten jednak balansuje ciekawie dobrana ścieżka dźwiękowa złożona z utworów między innymi uwielbianego przez założyciela Apple, Boba Dylana czy zespół Toad the Wet Sprocket.

Produkcja nie jest jednak gloryfikacją i pieśnią pochwalną na rzecz Jobsa, a tym bardziej nie marki Apple, co wielu zarzucało jej w etapie jego tworzenia. Z drugiej strony, nie miesza tej postaci kompletnie z błotem. Najlepiej przedstawiony balans charakteryzuje chyba zdanie wypowiedziane w filmie przez szefa Jobsa w czasie kiedy pracował w firmie Atari - "Jesteś dobry, ale jesteś dupkiem". W tym momencie przypomniała mi się finalna scena z "The Social Network", opowieści również o technologicznym geniuszu. Jednak oprócz podobieństw postaci Zuckerberg-Jobs (losy tych osób przecięły się w rzeczywistości - zainteresowanych zapraszam do lektury biografii autorstwa Waltera Isaacsona), film Sterna pozostaje daleko w tyle za dopracowanym i świetnym rzemiosłem Davida Finchera.

Ciężko mi nazwać film rozczarowującym. Na pewno czekałem na tą produkcję, jednak pierwsze recenzje z festiwalu filmowego Sundance, na którym Jobs był prezentowany, ostudziły moje nadzieję na świetne czy bardzo dobre kino. Po lekturze biografii napisanej przez Waltera Isaacsona można odnieść wrażenie, że film jest nieodrobiona lekcją. Patrząc z drugiej strony, życie Jobsa było naprawdę bogate i zmieszczenie wszystkich wątków i wydarzeń w 2-godzinnym filmie kinowym byłoby pewnie niemożliwe. "Jobs" w rezultacie to przeciętne kino, bez iskry, ale dość solidnie przygotowane. Na pewno jednak nie jest "obłędnie świetne", jak zwykł mawiać Jobs...

piątek, 13 września 2013

Breaking Bad: Blood Money 5x9 (2013)

Jak dobrze widzieć, że twórcy serialu robią dokładnie to czego oczekuje widz. Rok temu ostatni odcinek połowy sezonu pozostawił niesamowite uczucie pozytywnego niedosytu (wzorowy cliffhanger). Oczekiwanie było długie, ale “Blood Money”, nowy odcinek serialu sprawia, że warto było czekać.


Akcja zaczyna się dokładnie tam, gdzie twórcy pozostawili widza z milionem pytań. Można było pójść na łatwiznę, jak w przypadku nowego sezonu “Dextera”, gdzie przesunęli akcję o pół roku, niszcząc najciekawsze możliwe wątki. Ale mniejsza o to.

Spoilery

Wydaje mi się, że niewiele wydarzyło się w tym odcinku. Mało było tutaj Skyler czy Goodmana (który podobno otrzymać swój spin-off?), ale dwie sceny dialogów między bohaterami w pełni rekompensują i przypominają o esencji tego serialu. Pierwszą z nich jest rozmowa Jesse’ego z Walterem, w której poraża to jak temu drugiemu przychodzi życie w kłamstwie (zaprzecza, że to on jest odpowiedzialny za śmierć Mike’a).

Druga z kolei to finałowa konfrontacja Waltera z jego szwagrem, na którą chyba wszyscy czekali. Niesamowite było obserwować w trakcie trwania odcinka zagłębianie się Hanka w sprawę W.W. Finałowa rozmowa zagrana jak na skrzypcach, niewątpliwie jedna z najważniejszych sekwencji w całej serii. A słowa Hanka “Nie wiem kim jesteś” wspaniale podkreślają zbliżającą się kulminację ich relacji.

czwartek, 27 grudnia 2012

The Perks of Being a Wallflower

Scenariusz i reżyseria:  Stephen Chbosky
Aktorzy: Logan Lerman, Emma Watson, Ezra Miller, Paul Rudd.
Zdjęcia: Andrew Dunn
Muzyka: David C. Robinson
Premiera: 2012-09-08 (FF w Toronto)

Niesamowite jest to z jaką lekkością film porusza taką gamę problemów jak niełatwe dorastanie, demony dzieciństwa, samotność i w końcu pierwsze zauroczenia, przyjaźń i miłość. Już od samego początku film mnie beznamiętnie porwał, a bohaterowie oczarowali. Nawet kiedy film wchodzi w mroczniejsze tony, jak wątek molestowania czy załamania nerwowego, nie traci swojej energii ani magii filmowego świata.


Wspaniała jest właśnie ta lekkość, z którą reżyser wędruje z kolejnymi wątkami, retrospekcjami, co przywodzi na myśl debiutancki film Zacha Braffa “Powrót do Garden State”. Zresztą to nie jedyne podobieństwa dwóch filmów. Postać głównego bohatera, który dręczony demonami swojej przeszłości, tuszuje swoje emocje lekami przywodzi na myśl Andrew Largemana. Do tego postać grana przez Emmę Watson nosi imię Sam, dokładnie jak bohaterka Garden State Natalie Portman. Oprócz zbieżności nazwisk zgadza się ich temperament, stusunek do życia i zmiana w głównym bohaterze, do której w znacznym stopniu się przyczynią.

Podobieństw jest naprawdę co nie miara! Paczka przyjaciół stworzona początkowo przez Charlie’ego, Sam i brata dziewczyny przywodzi od razu na myśl Braffa, Portman wraz z Sarsgaardem. Do tego oba filmy posiadają podobne sceny, w których główne postacie podczas imprezy zażywają narkotyki, po których tracą poczucie czasu. Jedyna różnica obu filmów polega na tym, że Braff daje odpowiedzi na zadawane pytania, w “The Perks of Being a Wallflower” z ust bohaterów pada słowo “Nie wiem”. Nie ma nic w tym złego, postacie targają niepewności, stoją przed ważnymi decyzjami w życiu i zapewne dopiero uczą słuchać się swojego wewnętrznego głosu.



W filmie jest do tego sporo dobrej muzyki. Sceny ubarwiają nuty The Smiths czy David Bowie’ego. Piosenki z soudtracku łatwo wpadają w ucho i doskonale komponując się z tym, co dzieje się na ekranie. Sceny takie jak zerwanie związku przez Charlie’ego czy reinterpretacja “Rocky Horror Picture Show” w wykonaniu bohaterów filmów powinny zauroczyć niejednego widza.

sobota, 4 sierpnia 2012

Wojownik (2011)

Reżyseria:  Gavin O'Connor
Scenariusz:  Gavin O'Connor, Anthony Tambakis i Cliff Dorfman
Aktorzy: Joel Edgerton, Tom Hardy, Nick Nolte, Jennifer Morrison.
Zdjęcia: Masanobu Takayanagi
Muzyka: Mark Isham
Premiera: 2011-09-09

Zignorowany całkowicie przez dystrybutorów w Polsce, "Wojownik" okazuje się być jedną z najlepszych pozycji zeszłego roku, a także jednym z najlepiej wykonanych filmów z gatunku kina sportowego obok "Moneyball" z Bradem Pittem. Historia o dwóch braciach, skłóconych z ojcem, którzy stają na przeciwko siebie na ringu, maksymalnie angażuje widza, ekscytuje przedstawionymi intensywnymi walkami, a pod koniec całkowicie łapie za serce.

Filmowi chyba najbliżej jest do "Zapaśnika" z 2008 roku. W obu obrazach, niczym feniks z popiołu, powstają dwa aktorskie tytany (Mickey Rourke, a tutaj Nick Nolte) i dają popis wspaniałego aktorstwa; a także ogólna atmosfera i wydźwięk filmów jest podobny. Niewątpliwie jest to perełka w gatunku kina sportowego. Wspaniale wyreżyserowane zostały nie tylko walki na ringu, ale przede wszystkim skomplikowane relacje między bohaterami. Co ciekawe, na przykład dwójka braci przez cały film wymienia kilka słów, i to dość gorzkich, tylko w jednej scenie (!). Mimo to widz ma wrażenie, że zna te postacie dogłębnie i bez problemu może się z nimi utożsamić. Dlatego też film trudno nazwać kinem dialogu, choć nie jest to minimalistyczne kino, to ekspresyjnym elementem wyrażania emocji przez bohaterów staje się właśnie ring (lub określenie klatka jest tutaj bardziej trafione).

Tom Hardy i Joel Edgerton w filmie Wojownik (2011)
Fabuła jest prosta, to fakt. Bez większych analiz, podczas oglądania filmu, możemy domyślić się schematu filmu, jego zakończenia i tego kto w finale stanie na przeciw siebie. Jednak reżyser, Gavin O'Connor, wykrzesał z filmu niezwykły potencjał, dzięki czemu obraz naprawdę intryguje i wciąga widza w dalszy rozwój zdarzeń. Choć zarys fabuły może wydawać się mało skomplikowany, to jednak relacje między bohaterami już takie są. Dobrym przykładem do przytoczenia tutaj jest paradoks, na jakim opiera się kontakt Tommy'ego z jego ojcem. Kiedy papa oznajmia mu, że już przez 1000 dni nie zajrzał do kieliszka, syn stwierdza, że wolał, gdy pił. Zbliżają się do siebie dopiero wtedy, kiedy Paddy sięga po alkohol w pokoju hotelowym.

Największą chyba siłą filmu są solidne kreacje aktorskie. Duet Edgerton-Hardy świetnie współgrał na ekranie. Każdy z aktorów stworzył pełnokrwiste, wiarygodne i wielowymiarowe postacie. Jednak Hardy'emu trafiła się bardziej tajemniczy, buntowniczy charakter, więc myślę, że z aktorskiej walki to właśnie on wyszedł zwycięsko. Jednak przede wszystkim to Nick Nolte gra tu pierwsze skrzypce, ojca, dawego alkoholika. Postać niejednokrotnie odrzucaną w trakcie filmu, wyniszczoną przez alkohol, chcąca odnaleźć w końcu wewnętrzny spokój.


"Wojownik" to fascynujący, dość kameralny obraz z świetnymi kreacjami, rewelacyjnymi nakręconymi scenami walk i  zakończeniem, nad którym po filmie na pewno wielu widzów wciąż będzie kontemplowało.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Wstyd (2011)

Reżyseria: Steve McQueen
Scenariusz: Steve McQueen i Abi Morgan
Aktorzy: Michael Fassbender, Carey Mulligan, Nicole Beharie, James Badge Dale
Zdjęcia: Sean Bobbitt
Muzyka: Harry Escott
Premiera: 2011-09-04 (Festiwal Filmowy w Wenecji)

Podczas, gdy popkultura kreuje wizerunek o wyzwoleniu seksualnym społeczeństwa, łamie tabu na temat seksu, McQueen po raz kolejny, po “Głodzie”, łączy siły z Michaelem Fassbenderem, tworząc mocny film o zniewoleniu człowieka, wyzbyciu się uczuć i coraz większych trudności w nawiązywaniu relacji i okazywaniu uczyć.


Obraz rozpoczyna się od serii monotonnych obrazków z poranków głównego bohatera, Brandona. Już przy początkowych ujęciach zauważamy, że będziemy mieli do czynienia z postacią wypaloną, rozczarowaną i znudzoną własną egzystencją. Główny bohater wytworzył coś na wzór parasolu ochronnego, na który składają się jego wizyty na portalach pornograficznych, spotkania z prostytutkami i masturbacja (która w filmie sprowadzona jest niemalże do rutyny – bohater w czasie pracy udaje się do toalety, starannie wyciera papierem deskę klozetową i zaczyna codzienną czynność), który stwarza mu mylne uczucie bezpieczeństwa i prawdopodobnie szczęścia. Ta skostniała struktura zaczyna pękać, kiedy w jego mieszkaniu zjawia się jego siostra, grana przez Carey Mulligan.

Pod wpływem Sissy zaczynać marność swojego życia, jego schematyczność i autodestrukcyjność. Kiedy jego siostra zaczyna romans z jego szefem, bohater czuje dyskomfort nie tylko z oczywistego powodu, ale także dlatego, że zaczyna widzieć w niej swoje lustrzane odbicie. Jednak konstrukcja postaci granej przez Mulligan uważam za najsłabszy punkt filmu. Za mało wyraziście nakreślono jej relację z bratem, użyto zbyt wielu ogólników. Przykładem mogą być przynajmniej dwie sceny, w których oboje rozmawiają w totalnym negliżu. Czy coś między nimi kiedykolwiek do czegoś doszło? Na to i wiele innych pytań, niestety McQueen nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi.


Michael Fassbender został słusznie doceniony, a jego brak nominacji do Oscara słusznie opłakiwany. Stworzył wiarygodny wizerunek współczesnego Everymana, opanowanego chęcią zaspokajania własnych potrzeb. Szczególnie podobał mi się motyw z jego randki z jego koleżanką z pracy i to, że mimo kobieta pociągała go, nie potrafił odwzajemnić jej uczuć. W następnej jednak scenie obserwujemy go przez kilka ujęć, uprawiającego seks z prostytutką. Kulminacją wydarzeń jest niepokojąca scena zbliżenia Brandona z innym mężczyzną. Reżyser wplątując w fabułę ten wątek, akcentuje mocno potrzebę akceptacji, szukania zrozumienia i przełamywania różnych tabów panujących wśród ludzi.

Dobry film, o kondycji obecnego społeczeństwa, pochłoniętego manią konsumpcjonizmu, nieradzenia sobie z relacjami. Warto obejrzeć.

czwartek, 29 marca 2012

Motyl i skafander

Reżyseria: Julian Schnabel
Scenariusz: Ronald Harwood
Aktorzy: Mathieu Amalric, Emmanuelle Seigner, Marie-Josée Croze, Max von Sydow
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Muzyka: Paul Cantelon
Premiera: 2007-05-22

To pierwszy film od dawna, który zainteresował mnie, ujął maksymalnie już od pierwszych scen. Dlatego też nie rozumiem pojawiających się zarzutów o flegmatyczność w prowadzeniu akcji, czy o zwykłą nudę.

Film rozpoczyna się mocnym ogłuszeniem widza. Obserwujemy w pierwszych ujęciach zdezorientowanego pacjenta, a raczej nie jego, tylko widok z jego perspektywy, szybki oddech, zdezorientowanie. Reżyser już od pierwszych chwil takimi prostymi zabiegami chce, byśmy zaangażowali się w pełni akcję dramatu. Gdy po chwili wydaje się, że poszkodowany i lekarz nawiązali kontakt, film brutalnie rozmywa ten szczęśliwy zbieg. Osobiście siedziałem jak na szpilkach, kiedy np. lekarze zaszywali oko bohaterowi, mimo jego sprzeciwu, którego nikt jednak nie mógł usłyszeć.


To co przede wszystkim podobało mi się w filmie to brak jednostronnego postawienia racji. Główny bohater, Jean-Dominique pragnie śmierci w kilku scenach, jednak już w następnych wygłasza wewnętrzne monologi o tym, że jego wyobraźnia i umysł zostały nietknięte i tym samym jest wolny. Tak więc, nie mamy do czynienia z sytuacją, w której film stara nam się wpoić jakieś wartości czy przedstawić własne spojrzenie na jakiś temat, tu: eutanazji.

Każda z płaszczyzn filmu, poczynając od retrospekcji, monologach bohatera, kończąc na właściwej akcji logicznie się uzupełniają i stanowią piękny obraz dramatu człowieka, który uczy się radzić sobie z obecnym stanem. Do tego całość oprawiona przepiękną muzyką, świetnymi utworami muzycznymi (mój faworyt to "Ramshackle Day Parade" grany na napisach końcowych), nastrojowymi zdjęciami i wiarygodnymi kreacjami aktorskimi.


Motyl i skafander” to wzruszająca pochwała życia, uczuć, emocji, podróży, wzruszeń estetycznych, w końcu o podjęciu walki. Nie wypada nie znać.