Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 czerwca 2012

I'm Still Here (2010)

Reżyseria: Casey Affleck
Scenariusz: Casey Affleck i Joaquin Phoenix
Zdjęcia: Casey Affleck i Magdalena Górka
Premiera: 2010-09-10 (Festiwal Filmowy w Wenecji)

Nie spodziewałem się, że projekt ten okaże się tak zaskakująco dobry. Ogląda się go z zacięciem komediowym, choć miejscami Affleck wraz ze szwagrem przemycą pytania dotyczące współczesnych mediów, celebrytów czy środowiska show-biznesu.
Początek jest dość sztuczny i chyba takowe początkowe sekwencje miały być. O decyzji i motywach Phoenixa o jego domniemanym porzuceniu informuje nas jedna scena, w której to aktor wpatrując się w panoramę miasta nocą wygłasza kilka sloganów o niezrozumieniu, udawaniu kogoś innego etc.

W filmie znalazło się wiele scen z udziałem hollywoodzkich gwiazd. Najbardziej chyba w pamięci została mi ta ze Stillerem, który przyjechał do Joaquian zaproponować mu angaż w “Greenbergu”. Ultra-zabawne są także sceny z udziałem Combsa jako producenta muzycznego, szczególnie partie, kiedy aktor puszcza mu swoje nowe rapowe kawałki. Boki zrywać!!


Co jeszcze mi się podobało? Klamrowa struktura filmu, polegająca na otwarciu i zakończeniu filmu materiałami video przy wodospadzie w różnych momentach życia Joaquina. W ogóle cały film jest umiejętnie zbudowany, oprócz bezpośrednich relacji Phoenixa, obraz uzupełniają m.in. wywiad “dawnego” aktora z Lettermanem czy przeróżne parodie wizerunku Joaquina.

Rewelacyjna farsa. Choć nie dla każdego. I brawa dla Phoenixa, który poświęcił dwa lata swojej kariery na udawanie tej postaci, którą wykreował na potrzeby tego mocdokumentu.

niedziela, 22 stycznia 2012

Emerytowani agenci bardzo specjalni

Reżyseria: Robert Schwentke
Scenariusz: Jon Hoeber i Erich Hoeber
Aktorzy: Bruce Willis, Mary-Louise Parker, Karl Urban
Zdjęcia: Florian Ballhaus
Muzyka: Christophe Beck
Premiera: 2010-09-29

Bez obaw! Red to nie żadna amerykańska wersja jednego z rozdziałów "Trzech Kolorów" Kieślowskiego, ale lekka i zabawna opowieść o Radykalnych Emerytowanych Degeneratach. Reżyser filmu, Robert Schwentke zebrał wspaniałą plejadę nie najmłodszych już aktorów Hollywood i zaoferował nam widowisko pełne wybuchów, pościgów i bijatyk.

Film twórcy mało udanego "Planu lotu" to adaptacja komiksu autorstwa Warrena Ellisa pod takim samym tytułem. Frank Moses (Bruce Willis) to emerytowany agent CIA. Prowadzi monotonne życie, a jedynym urozmaiceniem dla niego są rozmowy z Sarah (Mary-Louise Parker), jego emerytalną opiekunką. Pewnego dnia jego spokojny żywot przerywa wtargnięcie zamaskowanych napastników i ostrzelanie jego domu. Wraz z porwaną kobietą reaktywują grupę dawnych agentów, by dowiedzieć się kto stoi za naruszeniem ich spokoju...


 Poszukiwacze w kinie realizmu czy drugiego dna na filmie nie będą mieli dużego pola manewru. Reżyser bowiem postawił (i bardzo słusznie!) na efektowność i humor. A więc wyjadacze popcornu powodów do narzekania nie będą mieli. Red to blisko dwugodzinny obraz przepełniony wartką akcją, ironicznym i miejscami wręcz absurdalnym humorem oraz kilkoma zwrotami akcji. Schwentke dynamicznie prowadzi fabułę do przodu, odrzucając dramatyzm i rozwijając wątki melodramatyczne (relacja głównego bohatera z Sarah czy dawnej historii Victorii, granej przez Helen Mirren). Umiejętnie również wprowadza do akcji filmu nowe postacie, potrzebne do dalszego rozwoju fabuły.


Nie można oczywiście nie wspomnieć o głównej sile napędowej produkcji, czyli aktorach. W sposób autoironiczny podeszli do swoich ról w filmie, nadając swoim postacią wydźwięk ich wcześniejszych dokonań aktorskich. Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie bohatera granego przez Johna Malkovicha, filmowego świra i paranoika, którzy zestawia swoją grę ze wcześniejszą rolą w filmie, który przyniósł mu nominację do Oscara - "Na linii ognia". Inni "staruszkowie" w filmie mają się równie dobrze. Bruce Willis potwierdza, że nadal jest w formie na tego typu aktorskie wyzwania, Helen Mirren swoim urokiem jako pani trudniąca się tym niechlubnym fachem (zabijaniem oczywiście!) zapełnia cały ekran a Morgana Freemana miło zobaczyć w typowej roli komediowej.


Ostatnie premiery pokazały, że modne stało się powracanie do "sprawdzonego materiału" ("Niezniszczalni", "Pirania 3D") czy podróży w czasie ("Karate Kid"). "Red" można również uznać jako udany pastisz kina akcji, który ironicznie wplata dawny wizerunek macho we współczesne realia. Obraz ten to przede wszystkim czysta rozrywka bez moralizatorskich wstawek. Komu to nie przeszkadza, niechaj bierze ze sobą popcorn i goni do kina!

piątek, 4 listopada 2011

Ostatnio obejrzane

Drive (2011) reż. Nicolas Winding Refn
Spoilery Scenę w windzie, która została (słusznie) wyniesiona już do piedestału można uznać za cały film w pigułce. Są w niej bowiem wszystkie cząstki tego, z czego składa się film Refna – rosnące napięcie, pocałunek i przemoc (w tym wypadku roztrzaskanie czaszki) zaserwowana z dużą dozą autentyczności. Zresztą cały film gra na przeciwnościach, wspomniana scena jest tylko jedną z wielu. Jednak takie wystylizowanie opłaciło się – różowe napisy z czołówki, muzyka, gdyby nie czuje oko reżysera w ogóle by nie pasowały tutaj. Obraz czerpie garściami z ducha lat wcześniejszych kina – cząstkowa fabuła, oszczędna gra Ryana Goslinga (który przypomina swoim występem lata świetności aktorskiej kariery Eastwooda czy McQueena).


Jak zostać królem (2010) reż. Tom Hooper
Obraz zdecydowanie dużo słabszy w moim odczuciu od “Social Network”, “127 godzin” czy chociażby “Prawdziwego męstwa”. Oscara za najlepszy film jeszcze jakoś bym przebolał, ale nagrodzenie reżyserii zamiast mistrzowskiej roboty Davida Finchera przy “Social Network” trudno wybaczyć. Film jest całkiem dobry, jednak ma tendencję do wpisywania się w znane schematy. Faktycznie duet Firth-Rush nieźle sobie poradził, szczególnie w typowo humorystycznych sekwencjach filmu.


I'm not there - Gdzie indziej jestem (2007) reż. Todd Haynes
Niekonwencjonalne spojrzenie na życie legendy muzyki, Boba Dylana. Nietypowa biografia, nie tylko ze względu na to, że w postać wciela się kilka różnych aktorów, ale także przez liczne surrealistyczne momenty, liczne stylizacje i wiele nawiązań do popkultury i współczesnej historii.Wielu współczesnych twórców mogłoby wziąć przykład z głośnego filmu Folmana, jak kręcić kino wojenne, społecznie zaangażowane. Całość ubrana w formę wielu wywiadów jest naprawdę przekonywująca, emocje bohaterów, mimo, że animowanych wydają się bliższe rzeczywistości aniżeli w niej jednej produkcji dokumentalnej.

Najbardziej jednak podoba mi się to, że reżyser ani nie mitologizuje, nie uwzniośla swojego udziału w wojnie, ani swoich kolegów, lecz przeciwnie. Już na początku filmu mamy przedstawioną sekwencję, gdzie to młodzi, niedoświadczeni żołnierze oddają serię strzałów w niewinną rodzinę w samochodzie. Animacja z filmu jest wykonana w naprawdę bajeczny sposób.


Reżyser swobodnie operuje środkami, akcentując szczególnie bardzo liryczne momenty, jak np. fantazje bohatera o wielkiej kobiecie i zaraz po tym wybuchu statku czy taniec reportera wśród nabojów. Zabrakło mi jakiegoś rozwiązania całej akcji, komentarza do zdarzeń, które obserwowaliśmy przez całą animację. Musiał za to starczyć nam materiał nagrany w tamtym okresie.

Niewątpliwie siła filmu tkwi w znakomitym scenariuszu, który łączy losy pozornie odmiennych postaci, dając pełniejszy obraz skomplikowanej osobowości Dylana. Rewelacyjnie reżyser poprowadził aktorów, którzy wcielili się w kolejne wcielenia muzyka. Do tego film pełny różnych utworów Dylana, świetnie odzwierciedlających stan bohaterów na daną chwilę (moja ulubiona sekwencja – http://www.youtube.com/watch?v=Dc-42Y17ejQ). Szkoda, że mało dzisiaj w kinie tak nietypowych biografii, nietrącających o banał i wpisujących się w dobrze znane schematy. Świetny film!


Walc z Baszirem (2008) reż. Ari Folman
Wielu współczesnych twórców mogłoby wziąć przykład z głośnego filmu Folmana, jak kręcić kino wojenne, społecznie zaangażowane. Całość ubrana w formę wielu wywiadów jest naprawdę przekonywująca, emocje bohaterów, mimo, że animowanych wydają się bliższe rzeczywistości aniżeli w niej jednej produkcji dokumentalnej.

Najbardziej jednak podoba mi się to, że reżyser ani nie mitologizuje, nie uwzniośla swojego udziału w wojnie, ani swoich kolegów, lecz przeciwnie. Już na początku filmu mamy przedstawioną sekwencję, gdzie to młodzi, niedoświadczeni żołnierze oddają serię strzałów w niewinną rodzinę w samochodzie. Animacja z filmu jest wykonana w naprawdę bajeczny sposób.


Reżyser swobodnie operuje środkami, akcentując szczególnie bardzo liryczne momenty, jak np. fantazje bohatera o wielkiej kobiecie i zaraz po tym wybuchu statku czy taniec reportera wśród nabojów. Zabrakło mi jakiegoś rozwiązania całej akcji, komentarza do zdarzeń, które obserwowaliśmy przez całą animację. Musiał za to starczyć nam materiał nagrany w tamtym okresie.

niedziela, 18 września 2011

Społeczna rewolucja aspołecznego typa!

Reżyseria: David Fincher
Scenariusz: Aaron Sorkin
Aktorzy: Jesse Eisenberg, Andrew Garfield, Armie Hammer, Justin Timberlake
Zdjęcia: Jeff Cronenweth
Muzyka: Trent Reznor i Atticus Ross
Premiera: 2010-09-24

Kiedy oficjalnie już wiadomo było, że David Fincher nakręci film o powstaniu Facebooka, dało się usłyszeń głośne echo niezadowolenia ze strony widzów. Bo cóż ciekawego możemy dowiedzieć się o jakimś portalu społecznym? Jednak już pierwsze teasery rozwiały wątpliwości co do wiarygodności nowej produkcji. Twórca Siedem zaprasza nas na wspaniały seans o zdradzie, geniuszu, żądzy i przyjaźni. Jego obraz to film nie o samym Facebooku, ani nawet o jego założycielach, ale film o nas samych, o społeczeństwie XXI w., które uczestniczy w prawdziwym wyścigu szczurów.

Harvard, jesień 2003 r. Film otwiera scena, kiedy Erica (Rooney Mara) zrywa więź z przyszłym założycielem Facebooka, Markiem (Jesse Eisenberg), młodym, bardzo zdolnym programistą. Wyzywa go od dupków i egoistów. Ten pod wpływem emocji bluzga na nią na swoim blogu i w afekcie tworzy stronę facemash, na której studenci oceniają urodę swoich koleżanek. Takim sposobem to Zuckerberg zdobywa rozgłos na uczelni i wkrótce otrzymuje propozycję na coś wielkiego…


Fincher próbuje w swoim najnowszym filmie odkryć monumentalny sukces młodych studentów, których życie w ciągu tego krótkiego okresu zmieniło się diametralnie. Przedstawia nam trudną drogę, jaką musieli przejść i zmierzyć się z własnymi słabościami. Droga ta przepełniona jest zdradą, kompleksami i fobiami bohaterów. Właśnie z perspektywy dwóch procesów wytoczonych Markowi poznajemy pełny obraz tworzenia dzisiaj jednego z najpopularniejszych serwisów. Pierwsza rozprawa wytoczona została przez braci Winklevoss, którzy oskarżają głównego bohatera o kradzież ich pomysłu, który miał im zapewnić świetlaną przyszłość. Drugi to proces to pozwanie Zuckerberga przez jego najlepszego i jedynego przyjaciela, Eduarda, który formułuje zarzut o zwykłe zrobienie go w jajo.

Ideą twórców nie jest jakaś promocja czy gloryfikacja Facebooka. Strona to jedynie tło, by móc ukazać kondycję świata XXI w. i przemiany, które dokonują się na naszych oczach. Tak samo jest z końcową oceną Marka. Co prawda zarzuca mu się cynizm, egoizm, ale nie do końca nie przekreśla się jego zasług. Wiele scen wskazuje na jego niezwykły zapał, determinację, kreatywność, które nim kierowały. To właśnie jego trudności w utrzymywaniu czy nawiązywaniu kontaktów, pewien "defekt społeczny" sprawił, że postanowił udowodnić społeczeństwu, a przede wszystkim sobie, że coś znaczy. A może kierowała nim tylko chęć zysku? Film ostatecznej odpowiedzi na to i inne pytania nie udziela. Sugestywna jest szczególnie pierwsza, otwierająca film scena, w której to Mark toczy jak myśli jedną z rutynowych rozmów ze swoją dziewczyną. Nie wie, że szybkiej wymianie zdań, dziewczyna oznajmi mu, że ma go dosyć i odchodzi, wskazując na jego przywary i kompleksy. Sekwencja ta to niczym pojedynek w ping-ponga, w której każda ze stron przy odbijaniu piłeczki narzuca drugiej swoje racje. Ten w akcie złości obraża ją na swoim blogu i konstruuje stronę, na której w pewien sposób poniża płeć przeciwną. Tym samym jest to dobitny przykład na to, że pomysł Marka narodził się na bazie jego chęci udowodnienia innym swojej niesamowitości. Inną taką sceną może być ta, w której chłopak dowiaduje się od Saverina o jego przyjęciu do ekskluzywnego klubu, kiedy to ujawnia się ego niepohamowana zazdrość i chęć przebicia jego dokonań.


Mimo, że film można uznać za gadany (ale nie w żadnym wypadku nie przegadany!) to jednak utrzymuje dynamiczne, miejscami wręcz zawrotne tempo. Warto tutaj przywołać scenę tworzenia Facemasha i jednocześnie jednej ze studenckich imprez. Nie przeszkadza to jednak w pełnym zrozumieniu ważnych dla filmu wątków. Całą atmosferę obrazu podkreśla fenomenalna muzyka skomponowana przez wokalistę zespołu Nine Inch Nails, Trenta Reznora. Jej elektroniczne brzmienia eksponują niepewność i napięcie wynikające z dalszych kroków bohaterów. Jak w pozostałych filmach Finchera nie zawodzi w najmniejszym stopniu warstwa techniczna. Dynamiczny montaż, świetne zdjęcia, dźwięk zasługują na same słowa pochwały.

Wielkie słowa uznania należą się również młodym aktorom. Podołali powierzonym im zadaniom, tworząc wiarygodne portrety osób związanych z tworzeniem Facebooka. Przede wszystkim na pierwszy plan wysuwają się dwie bardzo dobre kreacje Jesse’ego Eisenberga i Andrew Garfield (przyszły odtwórca roli Petera Parkera w reboocie Spidermana). Postać stworzona przez pierwszego z nich jest podobna do tej z Walki żywiołów, gdzie Eisenberg wcielił się w egocentrycznego Walta. Jeżeli spodziewacie się kolejnej sympatycznej rólki z Krainy przygód czy Zombieland to grubo się przeliczyliście. Natomiast dwudziestosiedmioletni Andrew Garfield, którego znamy z małej rólki w Parnassusie udowodnił, że jest aktorem bardzo charyzmatycznym i potrafi przyćmić w kolejnych scenach odtwórcę Zuckerberga. Zaskoczeniem okazały się występy Justina Timberlake’a jako Sean Parkera, który przyczynił się do rozdzielenia przyjaźni Marka i Eduarda czy chociażby Brendy Song jako wręcz psychopatyczna dziewczyna jednego z bohaterów. Ciekawym pomysłem było zagranie obu braci Winklevoss (Camerona i Tylera) przez jednego aktora - Armiego Hammera.


Social Network to porządnie rozpisany dramat obrazujący zawrotne tempo życia naszych czasów, uczestniczenia w wielkim maratonie wyścigu szczurów, ale przede wszystkim spojrzenie na społeczeństwa jako grupy, która zaczyna mieć problemy z prostymi kontaktami, relacjami międzyludzkimi. Podmioty takie jak Facebook, pomagają im w osiągnięciu zamierzonych celów. Fincher również nie wybiera do końca głównego bohatera swojej historii. Takie zagranie nie często zdarza się w tego typu produkcjach. To nie jedyne odstępstwo reżysera od schematów. Social Network ogląda się z zapartym tchem i napięciem, śledząc dalsze kroki postaci. Całości towarzyszy muzyka, która dawała świetny efekt z tym co działo się na ekranie. I tak na tych prostych zasadach David Fincher zbudował swój najlepszy film, bijąc na głowę swoje wcześniejsze dokonania (Siedem czy Podziemny krąg) i udowadniając, że bezsprzecznie należy do grona utalentowanych twórców z Hollywood. Czekamy w takim razie na więcej.

sobota, 17 września 2011

Eksperyment nieudany

Scenariusz i reżyseria: Paul T. Scheuring
Aktorzy: Adrien Brody, Forest Whitaker, Cam Gigandet, Ethan Cohn
Muzyka: Graeme Revell
Zdjęcia: Amelia Vincent
Premiera: 2010-07-15

“Eksperyment” z 2001 r., na którym oparty jest film nie był pozbawiony wad. Głównym zarzutem niemieckiego filmu było na siłę wplątanie zuniwersowanych faz o humanizmie, władzy czy sile przetrwania. Jednak towarzyszące akcji napięcie, rodząca się transformacja całego miejsca, w którym odbywał się tytułowy eksperyment zasłuchiwała na pochwały. Remake prezentuje się o wiele gorzej...

Obraz Paula Scheuringa pod względem warsztatu reżyserskiego wygląda jak marny film telewizyjny. Kuleje mnóstwo rzeczy, które sprawiają, że film wydaje się wykonany bardzo niedokładnie. Chwalone tak kreacje aktorskie, głównie tę którą stworzył Forest Whitaker także zawodzą. Są albo mało wyraziste, albo jak w przypadku wspomnianego ostatniego króla Szkocji przeszarżowane i nazbyt ekspresywne.


Jedyny plus to to, że twóry nie poszli w ślady chociażdy Gusa van Santa sprzed dekady, kiedy to kręcąc remake “Psychozy” Hitchcocka kratka w kratkę odtworzył scena po scenie. Chociaż z drugiej strony nowe elementy nie koniecznie się sprawdziły, np. inny układ pomieszczeń więziennych, scenografia z filmu z 2001 r. robiła wrażenie.

Nie dziwię się, że film od razu trafił na rynek dvd. Może to już czas zaprzestać remake’ów naprawdę dobrych filmów a przyzwyczajenie się przez mieszkańców Nowego Kontynentu do napisów…

wtorek, 13 września 2011

Ostatnio obejrzane

Sucker Punch (2011)
Po takiej fali krytyki spodziewałem się dużo gorszej produkcji. Dostałem w rezultacie przeciętnego produkcyjniaka, jednak patrząc na nazwisko reżysera można poczuć spore rozczarowanie.

Nie sposób zgodzić się z większością recenzentów na temat tego, że bez solidnej podpory literackiej, jaką do tej pory w filmografii Snydera był komik (Strażnicy, 300), niestety film zmierza w niewiadomym do końca kierunku. Owszem na chwilę można z przyjemnością zawiesić oko na ładnie wyglądających aktorkach, sekwencjach rozwałek niczym z epileptycznych gier. Jednak na dłuższą metę taki schemat ni jak się sprawdza. W praktyce film staje się wtórny i nieubłaganie zmierza do niesatysfakcjonującego zakończenia.



Pi (1998)
Pierwsze mocne uderzenie od Aronofsky’ego!

W swoim debiutanckim filmie reżyser kreuje świat genialnego matematyka, stroniąc jednak od jednostronnych interpretacji. W rezultacie film opiera się o elementy psychodeliczne, technologicznego thrillera z religijnymi motywami na szczęście bez matematycznego żargonu. Niesamowite jak początkowy reżyser doskonale panuje nad tempem akcji, coraz to intensywniejszym podkręcaniem napięcia, towarzyszącego niepokoju i chaosu bohatera i budowaniem maniakalnej atmosfery między snem a jawą.

Nakręcony na czarno-białej taśmie z niepokojąca muzyką film jest również świetnie skonstruowany. Właśnie małe, ale wyraźnie zaakcentowane elementy jak na przykład mrówka czy judasz od drzwi oddziaływają na bohatera i w miarę rozwoju akcji zaczyna je inaczej postrzegać. Również klamrowa struktura filmu (motyw dziewczynki z kalkulatorem) pogłębia to odczucie.

Niezwykle wciągający, efektowny, sugestywny thriller wykonany sprawną ręką. Warto znać.



Wszystko w porządki (2010)
Reżyserka świetnie wyczuła nastrój filmu, stworzyła równie dobre postaci i nakreśliła między nimi nierzadko trudne relacje. Nie przesadzałbym z całą otoczką związaną z wątkiem homoseksualnym, co niektórzy chcą na siłę przypiąć filmowi.

Operując przede wszystkim dialogami film oferuje zaskakująco wiele, od wielu komicznych elementów (choć nie przeszarżowanych) kończąc na problemach młodzieży czy przedstawionym trójkącie miłosnym. Świetnie zagrany (słusznie doceniony Mark Ruffalo!), z dobrze dobraną muzyką komediodramat, w którym tkwi sporo pozytywnej energii.

środa, 31 sierpnia 2011

Zabójczo nieciekawie

Reżyseria: Cezary Pazura
Scenariusz: Lesław Kaźmierczak
Aktorzy: Paweł Małaszyński, Michał Lewandowski, Małgorzata Socha.
Muzyka: Filip Siejka
Zdjęcia: Grzegorz Kuczeriszka, Dariusz Jadach, Rafał Michalski
Premiera:2011-01-06

W filmie pt. “Idiokracja” z 2006 r. jest scena, w której w kinie na widok pierdzącego tyłka widownia kona ze śmiechu. Czemu o tym wspominam? Otóż w debiutanckim filmie Cezarego Pazury jest podobna scena, w której w windzie jeden z mężczyzn puszcza bąka. Przeglądając różne fora natknąłem się na wiele wpisów, w którym użytkownicy relacjonowali podobną reakcję co na początku wspomnianym filmie “Idiokracja” u polskiej publiki.

Kiedy pierwszy raz obejrzałem zwiastun produkcji wyglądał on irracjonalnie, nielogicznie już na poziomie najprostszej promocji filmu, a ponad to podpierając się nic nie mającymi ze sobą wspólnego filmami jak “Pulp Fiction”, “Matrix” czy “Casino Royale”. I taki faktycznie film twórcom wyszedł. Pozbawiony najmniejszej logiki, z postaciami, z którymi naprawdę trudno jest się sympatyzować i im kibicować.

Głównym problemem filmu jest to, że twórcy traktują go za bardzo na serio. Mimo, że czasami trafi się jakiś nieudolny żart to i tak nie próbują nawet pójść w stronę pastiszu kina akcji. Tak chwalone sceny akcji (jakoby pracowała nad nimi cała ekipa “Casino Royale”, a pewnie w produkcję włączony był asystent asystenta jakiegoś technika) prezentują się naprawdę mizernie. Wszystko w paskudnym slow motion, a na dodatek powtórzono zabieg z “Dublerów” z 2006 r. z ujęciami wystrzelonych pocisków.


Przez pierwszą godzinę kompletnie nie wiadomo dokąd zmierza akcja. Zdarzenia są przypadkowe, fabuła całkowicie niespójna i dziurawa. Żadnej puenty, za to na siłę dodane żałosne wręcz nawiązania do kina Tarantino od niemalże identycznych ujęć (zza pleców Małaszyńskiego i Lewandowskiego czekających przed drzwiami jak z “Pulp Fiction”) po fetysz stopami kończąc na kopii sceny ze “Wściekłych psów” – tortury połączonej z tańcem.

I trudno uwierzyć, że reżyser Pazura kiedyś grywał w polskich klasykach kina sensacyjnego. W filmie też na chwilę pojawia się Olaf Lubaszenko. Filmy tego pana wyraźnie wskazują tendencję spadkową (od całkiem znośnych “Chłopaki nie płaczą” i “Poranku kojota” do “Złotego środka” i sequelu swojego własnego filmu “Sztos”). Jeżeli tak samo ma być z Cezarym Pazurą to poziom infantylności już przy jego drugim filmie osiągnie zabójczy poziom…