Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 grudnia 2015

1:0 dla Jobsa w starciu z Armstrongiem

Pod koniec bieżącego roku na ekranach polskich zadebiutowały dwa biograficzne filmy o znanych i dość kontrowersyjnych postaciach. Pod koniec października pojawiła się "Strategia mistrza", która podjęła temat wzlotu i upadku najsłynniejszego chyba amerykańskiego kolarza, Lance'a Armstronga, a tydzień temu do szerokiej dystrybucji wszedł "Steve Jobs" opowiadający życiu i karierze założyciela Apple. To dwie znacznie różniące się biografię, szczególnie pod względem realizacji i sposobu przedstawienia sylwetek postaci, które na trwałe wpisały się we współczesną historię. W tym pojedynku bez wątpienia sukces odniósł Jobs.

fot. Universal Pictures | fot. StudioCanal

Zestawiając filmy obok siebie "The Program" wygląda jak zadanie domowe wykonane na kolanie 5 minut przed lekcją, gdy film "Steve Jobs" sprawia wrażenie porządnie wykonanej pracy – szczelnego, konsekwentnego i dopiętego o najmniejsze szczegóły filmu. Obie produkcje wzięły historię intrygujące, które bez wątpienia są warte uwagi i analizy, więc nie można powiedzieć tutaj nic o nierównym starcie. To co kompletnie nie zagrało w filmie o Armstrongu to nagromadzenie zbyt dużego materiału w niespełna 2-godzinnym filmie. Oglądając "Strategię" można dostać istnej zadyszki, gdy rzuca kolejnymi faktami, wydarzeniami, wątkami, na ekranie pojawia się wiele nowych postaci, które jednak znikają tak szybko jak się pojawiają, ustępując miejsca dla innych bohaterów. Problem to chęć przedstawienia zbyt dużego okresu z życia założyciela fundacji Livestrong. Historia Armstronga nadaje się na serial, a przynajmniej na mini-serial, więc nic dziwnego, że przy scenariuszu skupiającym się na mnóstwie wątków, film traci na wartości i po pewnym czasie staje się po prostu standardową biografią.

Nie zrozumcie mnie źle – "Strategia mistrza" to nadal niezły film, może nie bardzo dobry, ale to przyzwoite 100 minut, które jednak niczym Was nie zaskoczy. A szkoda, bo opowieść Armstronga wydaje się idealnym materiałem na mocną biografię o największym amerykańskim socjopacie. Strategia, jaką przyjął Steve Jobs, zaowocowała z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że nie jest to typowa wyliczanka wydarzeń z życia Jobsa. Coś podobnego widzieliśmy już w poprzedniej, mniej udanej biografii "jOBS "(co za tytuł – sic!). Po drugie skondensowano sposób, w jaki poznajemy tytułową postać. Widzimy go w otoczeniu ludzi, którzy będą wokół niego przez następne lata, o pozwoliło na dokładne zbadanie relacji, a przy tym charakteru Jobsa i innych uczestników tego przedstawienia. W końcu po trzecie, "Steve Jobs" zaryzykował niekonwencjonalnym poprowadzeniem fabuły – rozbiciem na trzy długie sceny, złączone bardzo sprawnie zmontowanymi sekwencjami "co się stało w międzyczasie". Sposób opowieści przypomina trochę "Birdmana", choć Sorkin już w 2012 roku zdradził jak wyobraża sobie filmu w jednym z wywiadów, więc nie można powiedzieć o jakiejkolwiek rodzaju plagiatu formy.

Kino dialogu w najlepszym wydaniu
Oba filmy zgromadziły bardzo utalentowaną ekipę aktorską. Co prawda Steve Jobs borykał się z obsadzeniem reżysera i odtwórcy głównej roli, ale w efekcie końcowym myślę, że połączenie utalentowanego Fassbendera pod czujnym okiem Danny'ego Boyle'a należało do trafnej decyzji. Nie można tego odmówić Strategii, gdzie znalazło się wiele uznanych nazwisk. Różnica polega na tym, że jednym dano do ręki arcygenialny scenariusz (piszę to bez najmniejszej przesady), natomiast Ben Foster wraz innymi musieli pracować, co tu dużo pisać, z prawdziwym bublem. W przypadku "Strategii" chciałoby się zastopować bieg wydarzeń w filmie i pooglądać aktorów w ich kunszcie. W "The Program" jest kilka scen, które zasługują na uznanie, ale przy ostatecznym rozrachunku giną wśród bardzo połowicznego potraktowania wątków. Jednym z takich segmentów jest niewątpliwie scena przed lustrem z Armstrongiem, gdzie ten udoskonala własną mimikę i modulację głosu, by wypaść jak najkorzystniej przed dziennikarzami na jednej z konferencji prasowych. Jak na razie dokument "The Armstrong Lie" najlepiej rozprawił się z tematem dopingu Armstronga i właśnie ten film poleciłbym zamiast fabularyzowanej wersji tej historii. Steve Jobs ma też swoje wady. Choć nie są tak widoczne i nie jest ich tak wiele jak w przypadku drugiej omawianej tutaj produkcji. Ograniczenie wątków w filmie do relacji z Johnem Scully, córką Jobsa, głównym programistą Macintosha i Joanną Hoffman pod koniec skutkowało, że dynamizm, z jakim film zaczynał lekko spadł pod koniec seansu.

Przejażdżka z epilepsją i ADHD
Kierunek opowiadania historii, prowadzenia aktorów i reżyserii w przypadku filmu "Steve Jobs" można określić jako mistrzowską strategię, podczas gdy "Strategia mistrza" to falstart i dość wymęczająca przejażdżka. Pierwszy z nich zasługuje na oglądanie w kinie, a w przypadku drugiego sprawia on miejscami wrażenie produkcji telewizyjnej, którą można obejrzeć bez większego zaangażowania i emocji. Na dobrą biografię Armstronga przyjdzie nam jeszcze poczekać (trzymam kciuki!), ale za to "Steve Jobs" może się poszczycić naprawdę rewelacyjną produkcją zapadającą w pamięć.

"Steve Jobs": 8+/10 chodź zastanawiam się nad oczkiem wyżej
"Strategia mistrza" 6/10 i to w gruncie rzeczy naciągane

niedziela, 15 września 2013

Solidnie, ale bez iskry - Jobs (2013)

"Jobs" to nie pierwsza próba zmierzenia się na ekranie z postacią Steve’a Jobsa. Prawie dekadę temu w postać tego technologicznego wizjonera wcielił się (i to z dobrym skutkiem) Noah Wyle, a sam film, zatytułowany "Piraci z Krzemowej Doliny", okazał się udaną produkcją. Jeszcze w tym roku powstało i miało premierę bardziej komediowe spojrzenie na życie Jobsa - "iSteve". Jak wypada na tle tych filmów nowa biografia?

Film otwiera prezentacja z 2001 roku, na której Jobs zaprezentował światu urządzenie muzyczne iPoda. Poza kilkoma detalami, o których zaraz wspomnę, wszystko jest jak na razie w porządku - Ashton Kutcher naprawdę przypomina Jobsa, trafnie naśladuje jego gesty, ruchy (lekkie przygarbienie, specyficzny chód) i sposób mowy. Następne sceny przenoszą widza na kampus college'u Reed. Tutaj poznajemy młodego przyszłego założyciela Apple Computer, obserwujemy jego doświadczenia z kwasem, związek z Chris-Ann, pracę w Atari i w końcu zawiązanie współpracy z maniakiem komputerowym, Steve’em Wozniakiem (w tej roli Josh Gad). Dalej obserwujemy jak firma z garażu przenosi się na "wielkie salony", a sam Jobs z buntowniczego młodzieńca przemienia się w perfekcjonistycznego biznesmena.

Reżyserią zajął się niezależny filmowiec Joshua Michael Stern, który na swoim koncie ma takie filmy jak "Nigdylandia" i "Najważniejszy głos". Nie można mu odmówić dobrego poprowadzenia całego grona aktorów, jednak film cierpi na problem z utrzymaniem odpowiedniego tempa fabuły i zbyt małego angażowania widza w wydarzenia, które dzieją się na ekranie. Nie dziwię się kiedy przeczytam na forach osoby piszące, że film jest "nudny" czy "monotonny". Zabrakło przede wszystkim nakreślenia emocjonalnej strony głównego bohatera jak i całego tła. Owszem, w filmie jest kilka całkiem niezłych emocjonalnych sekwencji, jednak na dłuższą metę nie potrafią podtrzymać całej historii. Wśród nich na pewno trzeba wspomnieć o rozmowie jaką stoczył Steve z drugim Steve’em, w której wyjaśnia mu powody swojego odejścia z Apple czy scena, w której Jobs przechadza się po swoim garażu, tam gdzie wszystko się zaczęło i wpada w ramiona ojca. Jakby pretensjonalnie to nie brzmiało, to jednak jedne z najlepszych momentów filmu.

Scenariusz debiutanta Matta Whiteleya, który jak czytamy w materiałach prasowych do tej pory był dyrektorem marketingu w wytwórni, na pewno nie jest tragiczny. Odhacza podręcznikowo kolejny ważne wydarzenia z życia Jobsa, przeskakując z jednego roku do kolejnego. Zabrakło przede wszystkim drążenia kąśliwych wątków z życia założyciela Apple, takie jak nieślubne dziecko, Lisa czy stagnacja, w jaką zapadł Steve kiedy rozpoczynał działalność swojej firmy NeXT (wydał sporą sumę dolarów za logo przedsiębiorstwa, które nie zaczęło nawet produkcyjnej działalności). Jeśli mówimy o tym czego zabrakło, znawcy biografii Jobsa pewnie zauważą także pominięcie wątku Pixara i współpracy przy filmie "Toy Story".


Trzeba jednak pochwalić film, że nie jest kopią, wcześniej już wspomnianych, "Piratów z Krzemowej Doliny". W najnowszej biografii nie pojawia się w ogóle postać Billa Gatesa (w jednej scenie jedynie Jobs rozmawia z nim przez telefon) i nawet nieszczególnie czuć brak obecności tej osoby. Cieszy mnie za to fakt, że w scenariuszu znalazło się tyle miejsca dla ukazania perfekcjonizmu Jobsa, który miejscami zyskiwał znamiona tyranii. Konfrontacje z pracownikami czy zarządem są ciekawym spojrzeniem na ten aspekt osobowości Steve’a.

Na pewno jednym z najmocniejszych elementów całego filmu jest aktorstwo. Jak na niezależną produkcję reżyserowi udało się zebrać grono utalentowanych i znanych aktorów. Na drugim planie znaleźli się tacy aktorzy jak Matthew Modine, J.K. Simmons, Dermot Mulroney czy James Woods. Temu ostatni na ekranie gościł góra minutę, a pozostali sprawdzili się w swoich rolach, jednak przez spłycenie scenariusza nie mieli szans na pokazanie czegoś więcej. Ashton Kutcher, którego wybór do tej roli od początku budził wiele kontrowersji, jest jednak mocnym punktem tej produkcji. Aktor naprawdę przygotował się do zagrania tej postaci - przeszedł na dietę frutariańską, którą stosował również sam Jobs, jak i spędził trochę czasu nad materiałami archiwalnymi, w których uczył się wspomnianych gestów i ruchów Jobsa. Takie "ryzykowne" sceny jak ataki złości, płaczu czy frustracji wyszły naprawdę nie najgorzej.


Już w pierwszej scenie filmu - prezentacji iPoda możemy usłyszeć fatalny, przesadnie ckliwy temat muzyczny, który w mniej lub bardziej podobnej formie będzie przewijał się przez cały film w podniosłych momentach. Połączenie kompozycji muzycznej z przemową w filmie Jonathana Ive’a (Giles Matthey) na temat dlaczego nie chce odejść z Apple było katorgą dla uszu. Element ten jednak balansuje ciekawie dobrana ścieżka dźwiękowa złożona z utworów między innymi uwielbianego przez założyciela Apple, Boba Dylana czy zespół Toad the Wet Sprocket.

Produkcja nie jest jednak gloryfikacją i pieśnią pochwalną na rzecz Jobsa, a tym bardziej nie marki Apple, co wielu zarzucało jej w etapie jego tworzenia. Z drugiej strony, nie miesza tej postaci kompletnie z błotem. Najlepiej przedstawiony balans charakteryzuje chyba zdanie wypowiedziane w filmie przez szefa Jobsa w czasie kiedy pracował w firmie Atari - "Jesteś dobry, ale jesteś dupkiem". W tym momencie przypomniała mi się finalna scena z "The Social Network", opowieści również o technologicznym geniuszu. Jednak oprócz podobieństw postaci Zuckerberg-Jobs (losy tych osób przecięły się w rzeczywistości - zainteresowanych zapraszam do lektury biografii autorstwa Waltera Isaacsona), film Sterna pozostaje daleko w tyle za dopracowanym i świetnym rzemiosłem Davida Finchera.

Ciężko mi nazwać film rozczarowującym. Na pewno czekałem na tą produkcję, jednak pierwsze recenzje z festiwalu filmowego Sundance, na którym Jobs był prezentowany, ostudziły moje nadzieję na świetne czy bardzo dobre kino. Po lekturze biografii napisanej przez Waltera Isaacsona można odnieść wrażenie, że film jest nieodrobiona lekcją. Patrząc z drugiej strony, życie Jobsa było naprawdę bogate i zmieszczenie wszystkich wątków i wydarzeń w 2-godzinnym filmie kinowym byłoby pewnie niemożliwe. "Jobs" w rezultacie to przeciętne kino, bez iskry, ale dość solidnie przygotowane. Na pewno jednak nie jest "obłędnie świetne", jak zwykł mawiać Jobs...

czwartek, 29 marca 2012

Motyl i skafander

Reżyseria: Julian Schnabel
Scenariusz: Ronald Harwood
Aktorzy: Mathieu Amalric, Emmanuelle Seigner, Marie-Josée Croze, Max von Sydow
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Muzyka: Paul Cantelon
Premiera: 2007-05-22

To pierwszy film od dawna, który zainteresował mnie, ujął maksymalnie już od pierwszych scen. Dlatego też nie rozumiem pojawiających się zarzutów o flegmatyczność w prowadzeniu akcji, czy o zwykłą nudę.

Film rozpoczyna się mocnym ogłuszeniem widza. Obserwujemy w pierwszych ujęciach zdezorientowanego pacjenta, a raczej nie jego, tylko widok z jego perspektywy, szybki oddech, zdezorientowanie. Reżyser już od pierwszych chwil takimi prostymi zabiegami chce, byśmy zaangażowali się w pełni akcję dramatu. Gdy po chwili wydaje się, że poszkodowany i lekarz nawiązali kontakt, film brutalnie rozmywa ten szczęśliwy zbieg. Osobiście siedziałem jak na szpilkach, kiedy np. lekarze zaszywali oko bohaterowi, mimo jego sprzeciwu, którego nikt jednak nie mógł usłyszeć.


To co przede wszystkim podobało mi się w filmie to brak jednostronnego postawienia racji. Główny bohater, Jean-Dominique pragnie śmierci w kilku scenach, jednak już w następnych wygłasza wewnętrzne monologi o tym, że jego wyobraźnia i umysł zostały nietknięte i tym samym jest wolny. Tak więc, nie mamy do czynienia z sytuacją, w której film stara nam się wpoić jakieś wartości czy przedstawić własne spojrzenie na jakiś temat, tu: eutanazji.

Każda z płaszczyzn filmu, poczynając od retrospekcji, monologach bohatera, kończąc na właściwej akcji logicznie się uzupełniają i stanowią piękny obraz dramatu człowieka, który uczy się radzić sobie z obecnym stanem. Do tego całość oprawiona przepiękną muzyką, świetnymi utworami muzycznymi (mój faworyt to "Ramshackle Day Parade" grany na napisach końcowych), nastrojowymi zdjęciami i wiarygodnymi kreacjami aktorskimi.


Motyl i skafander” to wzruszająca pochwała życia, uczuć, emocji, podróży, wzruszeń estetycznych, w końcu o podjęciu walki. Nie wypada nie znać.

niedziela, 8 stycznia 2012

"We have to think differently!"

Reżyseria: Bennett Miller
Scenariusz: Steven Zaillian i Aaron Sorkin
Aktorzy: Brad Pitt, Philip Seymour Hoffman, Jonah Hill, Chris Pratt
Zdjęcia: Wally Pfister
Muzyka: Mychael Danna
Premiera: 2011-09-09

Fenomenalny! Sorkin po raz kolejny daje popis wspaniałego scenopisarstwa, tworząc kolejna po “Social Network” ciekawą historię ludzi dokonujących rzeczy na przekór innych. Choć to film o sporcie, to jednak typowych scen związanych w tym wypadku z baseballem jest niewiele, a jeżeli są to służą albo ukazaniu rozterek głównego bohatera w młodości albo relacjonowaniu przełomowych dla drużyny osiągnięć. Chociaż nie interesuje się baseballem ani trochę, to film naprawdę zrobił na mnie niemałe wrażenie.


Raz jeszcze muszę pochwalić scenariusz za to, że postacie w filmie mimo swojej determinacji, targane są niepewnościami, swoimi słabościami i niezrozumieniem płynącym z otoczenia. Film odrywa się od sztampowego wizerunku sportowców/menadżerów i ukazuje ich w mętnym świetle – pełnych niepewności, samotnych, niezrozumianych. Świetnie też nakreślono relację ojciec-córka, to właśnie nastoletnia Casey jest w pewnym momencie filmu główną determinantą działań głównego bohatera. Samo zakończenie to również majstrzyk, dawno nie czułem takiego natłoku myśli po zakończonym seansie.

Cieszę się, że Pitt nadal ma smykałkę do doboru ciekawych kreacji, jednak największe zaskoczenie zrobił na mnie znany z mniej poważnych ról Jonah Hill, który tutaj kradnie niejedną scenę. Muzyka też przecudowna, czy to dwie aranżację wykonane przez filmową córkę Billy’ego czy oczywiście ten "główny" soundtrack.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Piraci z Krzemowej Doliny (1999)

Nie wiedzieć czemu spodziewałem się po tej produkcji telewizyjnej biografii zbliżonej do komedii (chyba to za sprawą udziału w filmie Anthony’ego Michaela Halla, którego znam z filmów Hughesa).


Okazało się, że film nie ma nic wspólnego z ugrzecznioną historyjką motywującą o powstaniu dwóch potężnych firm. “Piratom…” bliżej tak naprawdę do zeszłorocznego “Social Network” (bardzo podobne wątki zdrady w obu filmach - w filmie Finchera na linii Mark-Eduardo, tutaj Steve-Bill) aniżeli do mdłych biografii o wyidealizowanych bohaterach. W filmie postacie są niejednowymiarowe, często przedstawiane w niekorzystnym świetne (szczególnie Bill Gates, którego w obrazie przedstawiono jako największego intryganta). Sprawna robota!

niedziela, 18 września 2011

Społeczna rewolucja aspołecznego typa!

Reżyseria: David Fincher
Scenariusz: Aaron Sorkin
Aktorzy: Jesse Eisenberg, Andrew Garfield, Armie Hammer, Justin Timberlake
Zdjęcia: Jeff Cronenweth
Muzyka: Trent Reznor i Atticus Ross
Premiera: 2010-09-24

Kiedy oficjalnie już wiadomo było, że David Fincher nakręci film o powstaniu Facebooka, dało się usłyszeń głośne echo niezadowolenia ze strony widzów. Bo cóż ciekawego możemy dowiedzieć się o jakimś portalu społecznym? Jednak już pierwsze teasery rozwiały wątpliwości co do wiarygodności nowej produkcji. Twórca Siedem zaprasza nas na wspaniały seans o zdradzie, geniuszu, żądzy i przyjaźni. Jego obraz to film nie o samym Facebooku, ani nawet o jego założycielach, ale film o nas samych, o społeczeństwie XXI w., które uczestniczy w prawdziwym wyścigu szczurów.

Harvard, jesień 2003 r. Film otwiera scena, kiedy Erica (Rooney Mara) zrywa więź z przyszłym założycielem Facebooka, Markiem (Jesse Eisenberg), młodym, bardzo zdolnym programistą. Wyzywa go od dupków i egoistów. Ten pod wpływem emocji bluzga na nią na swoim blogu i w afekcie tworzy stronę facemash, na której studenci oceniają urodę swoich koleżanek. Takim sposobem to Zuckerberg zdobywa rozgłos na uczelni i wkrótce otrzymuje propozycję na coś wielkiego…


Fincher próbuje w swoim najnowszym filmie odkryć monumentalny sukces młodych studentów, których życie w ciągu tego krótkiego okresu zmieniło się diametralnie. Przedstawia nam trudną drogę, jaką musieli przejść i zmierzyć się z własnymi słabościami. Droga ta przepełniona jest zdradą, kompleksami i fobiami bohaterów. Właśnie z perspektywy dwóch procesów wytoczonych Markowi poznajemy pełny obraz tworzenia dzisiaj jednego z najpopularniejszych serwisów. Pierwsza rozprawa wytoczona została przez braci Winklevoss, którzy oskarżają głównego bohatera o kradzież ich pomysłu, który miał im zapewnić świetlaną przyszłość. Drugi to proces to pozwanie Zuckerberga przez jego najlepszego i jedynego przyjaciela, Eduarda, który formułuje zarzut o zwykłe zrobienie go w jajo.

Ideą twórców nie jest jakaś promocja czy gloryfikacja Facebooka. Strona to jedynie tło, by móc ukazać kondycję świata XXI w. i przemiany, które dokonują się na naszych oczach. Tak samo jest z końcową oceną Marka. Co prawda zarzuca mu się cynizm, egoizm, ale nie do końca nie przekreśla się jego zasług. Wiele scen wskazuje na jego niezwykły zapał, determinację, kreatywność, które nim kierowały. To właśnie jego trudności w utrzymywaniu czy nawiązywaniu kontaktów, pewien "defekt społeczny" sprawił, że postanowił udowodnić społeczeństwu, a przede wszystkim sobie, że coś znaczy. A może kierowała nim tylko chęć zysku? Film ostatecznej odpowiedzi na to i inne pytania nie udziela. Sugestywna jest szczególnie pierwsza, otwierająca film scena, w której to Mark toczy jak myśli jedną z rutynowych rozmów ze swoją dziewczyną. Nie wie, że szybkiej wymianie zdań, dziewczyna oznajmi mu, że ma go dosyć i odchodzi, wskazując na jego przywary i kompleksy. Sekwencja ta to niczym pojedynek w ping-ponga, w której każda ze stron przy odbijaniu piłeczki narzuca drugiej swoje racje. Ten w akcie złości obraża ją na swoim blogu i konstruuje stronę, na której w pewien sposób poniża płeć przeciwną. Tym samym jest to dobitny przykład na to, że pomysł Marka narodził się na bazie jego chęci udowodnienia innym swojej niesamowitości. Inną taką sceną może być ta, w której chłopak dowiaduje się od Saverina o jego przyjęciu do ekskluzywnego klubu, kiedy to ujawnia się ego niepohamowana zazdrość i chęć przebicia jego dokonań.


Mimo, że film można uznać za gadany (ale nie w żadnym wypadku nie przegadany!) to jednak utrzymuje dynamiczne, miejscami wręcz zawrotne tempo. Warto tutaj przywołać scenę tworzenia Facemasha i jednocześnie jednej ze studenckich imprez. Nie przeszkadza to jednak w pełnym zrozumieniu ważnych dla filmu wątków. Całą atmosferę obrazu podkreśla fenomenalna muzyka skomponowana przez wokalistę zespołu Nine Inch Nails, Trenta Reznora. Jej elektroniczne brzmienia eksponują niepewność i napięcie wynikające z dalszych kroków bohaterów. Jak w pozostałych filmach Finchera nie zawodzi w najmniejszym stopniu warstwa techniczna. Dynamiczny montaż, świetne zdjęcia, dźwięk zasługują na same słowa pochwały.

Wielkie słowa uznania należą się również młodym aktorom. Podołali powierzonym im zadaniom, tworząc wiarygodne portrety osób związanych z tworzeniem Facebooka. Przede wszystkim na pierwszy plan wysuwają się dwie bardzo dobre kreacje Jesse’ego Eisenberga i Andrew Garfield (przyszły odtwórca roli Petera Parkera w reboocie Spidermana). Postać stworzona przez pierwszego z nich jest podobna do tej z Walki żywiołów, gdzie Eisenberg wcielił się w egocentrycznego Walta. Jeżeli spodziewacie się kolejnej sympatycznej rólki z Krainy przygód czy Zombieland to grubo się przeliczyliście. Natomiast dwudziestosiedmioletni Andrew Garfield, którego znamy z małej rólki w Parnassusie udowodnił, że jest aktorem bardzo charyzmatycznym i potrafi przyćmić w kolejnych scenach odtwórcę Zuckerberga. Zaskoczeniem okazały się występy Justina Timberlake’a jako Sean Parkera, który przyczynił się do rozdzielenia przyjaźni Marka i Eduarda czy chociażby Brendy Song jako wręcz psychopatyczna dziewczyna jednego z bohaterów. Ciekawym pomysłem było zagranie obu braci Winklevoss (Camerona i Tylera) przez jednego aktora - Armiego Hammera.


Social Network to porządnie rozpisany dramat obrazujący zawrotne tempo życia naszych czasów, uczestniczenia w wielkim maratonie wyścigu szczurów, ale przede wszystkim spojrzenie na społeczeństwa jako grupy, która zaczyna mieć problemy z prostymi kontaktami, relacjami międzyludzkimi. Podmioty takie jak Facebook, pomagają im w osiągnięciu zamierzonych celów. Fincher również nie wybiera do końca głównego bohatera swojej historii. Takie zagranie nie często zdarza się w tego typu produkcjach. To nie jedyne odstępstwo reżysera od schematów. Social Network ogląda się z zapartym tchem i napięciem, śledząc dalsze kroki postaci. Całości towarzyszy muzyka, która dawała świetny efekt z tym co działo się na ekranie. I tak na tych prostych zasadach David Fincher zbudował swój najlepszy film, bijąc na głowę swoje wcześniejsze dokonania (Siedem czy Podziemny krąg) i udowadniając, że bezsprzecznie należy do grona utalentowanych twórców z Hollywood. Czekamy w takim razie na więcej.