poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dlaczego nie oglądam zwiastunów nowych Star Wars?

Pod koniec listopada, dokładnie 10 dni temu w sieci zadebiutował pierwszy teaser mocno oczekiwanej kolejnej części sagi Gwiezdnych wojen. Zapowiedź podbiła Internet, powstało już wiele przeróbek, parodii i całych analiz zwiastuna. Ja jednak postanowiłem nie oglądać żadnej zapowiedzi aż do czasu premiery nowych Gwiezdnych wojen, czyli na Boże Narodzenie 2015 roku. Oczekiwanie nie jest aż taką katorgą, bo do premiery pozostał tylko jeden rok.


Powodów takiej a nie innej decyzji jest kilka. Najważniejszy z nich to chęć zasiądnięcia przed ekranem w kinie w dniu premiery i bycie oczarowanym. Chcę po prostu poczuć zaskoczeniem, ekscytację, moc tym co zobaczę. Oglądanie zbyt dużej ilości materiałów promocyjnych źle wyszło mi w przypadku "Człowieka ze stali" w poprzednie wakacje. Mocno wyczekiwałem na film i nie ominąłem prawdopodobnie żadnego teasera, zwiastuna, klipu czy spota telewizyjnego, który pojawił się w sieci. Rezultat był taki, że wszystkie najlepsze smaczki filmu już znałem i potrafiłem z nich zbudować niemalże cały film, a przynajmniej jego dokładną oś fabularną.

Oczywiście w epoce social media natknąłem się na pojedyńcze kadry z teasera. To tylko obrazki, oczywiście wolałbym je wymazać z głowy, ale nie da się całkowicie uniknąć poznania jakiegoś ułamka zapowiedzi. Musiałbym na rok uciec z Internetu i nie spotykać się ze znajomymi, którzy rozmawialiby o zwiastunach.


Dzisiaj w sieci pojawiły się newsy dotyczące George'a Lucasa, który powiedział, że również nie będzie oglądał zapowiedzi i "czeka na gotowy materiał". Nie lubię faceta za to co zrobił z Nową Trylogią Gwiezdnych woje, ale w pełni rozumiem i popieram tę decyzję.

Cieszą mnie jednak głosy chwalące zwiastun za wprowadzenie nowych elementów i ogólnie raczej pozytywne przyjęcie zapowiedzi przez fanów. Mam nadzieję, że moc będzie ze mną i wytrwam w tym postanowieniu do następnej Gwiazdki.

niedziela, 7 grudnia 2014

REMINISCENCJA: Sześć stóp pod ziemią - Pilot 1x01 (2001)

1x01: Pilot
data premiery: 3 czerwca 2001 r.
scenariusz i reżyseria: Alan Ball
czas trwania: 63 min.

Wściekasz się na niego czy na to, że wszyscy umrzemy?

3 czerwca 2001 r. O dziewiątej wieczorem na antenie HBO zadebiutował pilotażowy odcinek nowej serii, która jak się okaże będzie stanowić kamień milowy współczesnej telewizji. Stacja już w momencie premiery "Sześciu stóp pod ziemi" ugruntowała sobie pozycję stacji kablowej, która przykłada uwagę do jakości swoich seriali, czego dowodem może być powstała trzy lata wcześniej "Rodzina Soprano" czy seria "Oz". Współcześnie wyrosło wiele stacji serwujących naprawdę porządne seriale - Showtime, AMC czy FX, ale nadal dominujące wydaje mi się właśnie Home Box Office.

Moja przygoda z serialem zaczęła się około dziesięć lat później. Pilotażowy odcinek od razu wciągnął mnie bez reszty, postacie wydawały mi się na tyle interesujące, że zdecydowałem się z miejsca kontynuować oglądanie serii aż do samego końca. Wcześniej słyszałem i czytałem wiele dobrego na temat zakończenia, więc nawet w przypadku gdyby pilot w jakiś sposób nie spodobałby mi się, prawdopodobnie dalej kontynuowałbym "Six Feet Under". Szczególnie wówczas wpadły mi w pamięć sceny kończące pierwszy odcinek i wiążąca piosenka Waiting zespołu The Devils. Moja krótka opinia, którą zamieściłem na portalu fdb.pl brzmiała:
Rewelacyjny pilotażowy odcinek. Reżyser bez większych problemów bardzo przejrzyście i wnikliwie przedstawił nam bohaterów, ich relację. Świetny pomysł z tymi sekwencjami reklamowymi, szkoda tylko, że pomysł ten nie będzie kontynuowany w dalszych odcinkach. Do tego bardzo dobre sceny, w których bohaterowie rozmawiają ze zmarłym ojcem, Nathanielem (jak zwykle świetny Richard Jenkins). Podsumowując, mam świetne przeczucie co do serialu i liczę, że kolejne odcinki także niosą za sobą taki bagaż emocji, ironii i czarnego humoru jak pierwszy odcinek. [8.08.2011]
Teraz zasiadam do serialu na nowo. Nie pamiętając wszystkich rzeczy, wątków i postaci, ale też z innym bagażem życiowym. W sierpniu 2011 roku wystawiłem odcinkowi ocenę ośmiu na dziesięć gwiazdek. Z perspektywy dzisiejszego dnia mogę powiedzieć, że epizod zasługuje na dużo więcej. Przed samym seansem zastanawiać się w sens kolejnego odświeżania serii - czy aby powtórka serialu nie będzie zbyteczna i tak naprawdę nic nowego z niego nie wyniosę. Jednak już po kilku chwilach oglądania pilota uczucie to przeszło i zastąpiła je czysta przyjemność oglądania tego niezwykłego odcinka.

Pilotażowy odcinek rozpoczyna się inaczej niż większość epizodów, czyli przedstawioną sekwencją śmierci wraz z klepsydrą zmarłej/zmarłego/zmarłych. Pilot niewątpliwie można uznać za eksperymentalny, ponieważ widzimy zamiast tego reklamę karawanu. Prześmiewcze reklamy w sumie pojawiają się w odcinku trzy razy i stanowią sarkastyczne spojrzenie na pogrzebowy biznes oraz dobrze balansują dramaturgię w epizodzie. Tak czy inaczej w odcinku nie mogło zabraknąć śmierci. Czym byłoby "Sześć stóp pod ziemią" bez niej"?

Zbliża się Boże Narodzenie 2000 r. Nathaniel Fisher, głowa rodziny i dyrektor rodzinnego domu pogrzebowego, ma odebrać syna, Nate'a z lotniska. Nate, najstarszy z trójki rodzeństwa jest kierownikiem managera sklepu ze zdrową żywnością. Brat David nazywa go pakowaczem. Najmłodsza Claire jest jeszcze uczennicą liceum i zaczyna eksperymentować z narkotykami. Rodzinę złączy nie tylko wspólne jedzenie posiłku na święta, ale także śmierć jednego członka rodziny...

Znając już całą serię, ciekawie obserwowało mi się rozmowę żyjącego jeszcze Nathaniela Seniora z żoną, Ruth o drobiazgi jak czy jej mąż wziął leki na nadciśnienie czy kupił już soję dla Nate'a. Mężczyzna w trakcie jazdy słucha i podśpiewuje I'll Be Home for Christmas. Po prostu świetna scena. Sielankowy nastrój przerywa wjechanie Nathaniela wprost pod pędzący autobus. Bohaterów poznajemy w momentach, gdy dowiadują się o śmierci Nathaniela. Każdy na swój sposób radzi sobie ze stratą, ale jedno jest wspólne - świetne aktorstwo. Między odtwórcami ról naprawdę czuć chemię; nie wyobrażam sobie innego doboru obsady. Mogłoby się wydawać, że scenariusz SFU był skrojony pod większość aktorów serii.

Często pojawiających się w serialu imaginacji bohaterów, odzwierciedlających ich lęki czy pragnienia, nie mogło zabraknąć w pilocie. Chyba pierwszą imaginacją jest "ożywienie" ojca w kostnicy podczas identyfikacji jego zwłok przez Nate'a. Rzeczą, która zaskoczyła mnie przy powtórnym seansie odcinka jest zaskakująco dużo humoru. Dostrzegałem głównie jego dramatyczną i bardziej mroczną stronę. W pilocie humoru jest faktycznie sporo, ale jest on na pewno specyficzny. Jedną z moich ulubionych takich scen jest imaginacja Davida, w której krzyczy z całych sił. Kilka minut później w kolejnej scenie na organizowanym pogrzebie przez Fisherów, słuchając lekko natarczywej żałobnicy, która zachwalając dobór muzyki na pogrzebie podrywa mężczyznę, David faktycznie drze się w sali pełnej ludzi.

 Na osobny akapit zasługuje przedstawienie piwnicy domu Fisherów, w którym odbywa się przygotowanie zmarłych do pochówku. Powolne ruchy kamery wraz z muzyką tworzą chwilowe napięcie, które zostaje rozwiane w kolejnych minutach odcinka. Niegdyś, nie wiedząc o czym opowiada serial, byłem pewien, że "Sześć stóp pod ziemią" jest horrorem, najprawdopodobniej przez dopinany do serialu gatunek "czarnej komedii".

Najlepsze, najbardziej emocjonalne sceny wiążą się z samym pogrzebem Nathaniela. Rodzina trudniąca się organizowaniem pogrzebów, sama musi stawić czoła ze stratą członka familii. Podczas ceremonii pochówku dochodzi do symbolicznego konfliktu między Davidem a Natem o to, w jaki sposób ich ojciec powinien zostać pochowany, a także jak w ogóle cały biznes pogrzebowy powinien być prowadzony. Nate zarzuca bratu sterylność i robienie ze śmierci pretekstu do zarobku, podczas gdy sam uważa, że pogrzeb powinien być naturalistyczny oraz wyrażać prawdziwe emocje żałobników. W odcinku podaje za przykład takiego pochówku mężczyzn na Sycylii głęboko opłakiwanych przez matki, żony, córki.

Nie pamiętam ile razy oglądałem samo zakończenie odcinka. Jest perfekcyjne w każdym calu i świetnie dopełnia scenę z mniej więcej środka odcinka, w której Nate w swojej imaginacji umyślnie wpada pod autobus i ginie. Zaskakująca jest także umieszczenie w kadrach ostatniej sceny niby nic nieznaczących napisów typu "No lottering" na ścianie, przy której stoi Nate, "Accident" na ławce, na której siedzi Nathaniel czy w końcu najbardziej chyba dobitne "A Good Nights Sleep" na autobusie, którym odjeżdża zmarły ojciec rodziny. Widok Nate'a stojącego samotnie na ulicy i patrzącego na odjeżdżający autobus to widok bezcenny, którego nie zapomnę nigdy.


Powyżej klip z zakończeniem pilota. Piękna jest tutaj szczególnie retrospekcja z dzieciństwa Dave'a i Nate'a i pianowy podkład muzyczny skomponowany przez Richarda Marvina.

W odcinku jest jeszcze wiele świetnie poprowadzonych wątków, nie wspomnianych w tym recapie. Wyjawienie przez Ruth jej romansu, wprowadzenie postaci Frederica czy Keitha i wiele innych mniejszych rzeczy, jak na przykład subtelne odkrycie przez Claire kim właściwie jest policjant dla Davida, który przyszedł na pogrzeb jej ojca.

Pilot, jak pewnie nie zestarzał się w ogóle, a na pewno zestarzał się mniej niż poprzednie dzieło Alana Balla, "American Beauty".

Na sam koniec znaleziona usunięta scena z pilota, przedstawiająca Nate'a odwożącego Claire, niewątpliwie będącej jeszcze nabuzowaną po wypaleniu crystal meth.



★★★★★
Pozostało: 62 odcinki do końca
Następne w ramach cyklu Sześciu stóp pod ziemią: The Will 1x02 (2001)

wtorek, 2 grudnia 2014

REMINISCENCJA: Sześć stóp pod ziemią - czołówka


Zanim odświeżę pilot "Sześć stóp pod ziemią" w ramach zaplanowanej retrospekcji, kilka słów o genialnej czołówce serialu. Chyba nigdy podczas oglądania któregokolwiek odcinka tego serialu nie zdarzyło mi się przewijać opening, c o akurat w przypadku innych serii jest często na porządku dziennym. Ciężko mi jednoznacznie określić, co jest tak niezwykłego w tej czołówce, że nie da się po prostu oderwać od niej wzroku. Bije z niej niewątpliwie pewien magnetyzm, a do tego powolne pokazywanie kolejnych kadrów z codziennej pracy grabarzy wraz z niezwykle trafnie dobraną muzyką, daje powalający efekt. Wspaniała chłodna kolorystyka i fascynacja detalami świetnie oddają tematykę i klimat całej serii.


O wysokim poziomie czołówki mogą świadczyć niewielkie, jednak zauważalne w niej zmiany. Czołówka pozostała w prawie niezmienionej formie do samego końca, a zmiany obejmowały drobne elementy, których przeciętny widz mógłby nawet nie wyłapać.
  • Pierwsza zmiana dotyczyła muzyki, nie całej a jedynie pewnego jej skrawka, dosłownie kilku nut. Zmienione intro z lekko zmodyfikowaną ścieżką dźwiękową występuje od pierwszego odcinka ostatniego (piątego) sezonu.
  • W pilotażowym odcinku na palcu karawaniarza pojawia się pierścień w kształcie czaszki. W kolejnych openingach, elementu tego nie widzimy - został on prawdopodobnie cyfrowo usunięty.
  • Ostatnią zmianą jest prezentacja nazwiska scenarzysty oraz reżysera (końcowa część czołówki), w taki sposób, aby były one bardziej wyeksponowane (i słusznie!).
Kadr z czołówki Sześciu stóp pod ziemią
Alan Poul, jeden z producentów serialu i reżyser czterech odcinków, zdradził, że intencją było stworzenie czołówki którą widzowie byliby zainteresowani tydzień po tygodniu i oglądaliby ją z taką samą przyjemnością. Dodatkowo muzyka Thomasa Newmana, która dopełnia czołówkę, została napisana przed jej nakręceniem, co zdarza się rzadko. Newman wcześniej współpracował z twórcą serialu, Alanem Ballem przy "American Beauty".

Alan Ball sam mówił, że chciał, aby czołówka była elegancka, w duchu kinowym a nie telewizyjnym. Myślę, że udało mu się. Materiał stworzony przez firmę Digital Kitchen, dzisiaj przykuwa uwagę i magnetyzuje swoją stylistyką.

Jeden ze storyboardów czołówki
Moje dwa ulubione elementy z czołówki to ujęcie dwóch osób, trzymających się za ręce i po chwili uścisk zostaje przerwany w slow motion oraz przedstawione samotne drzewo na wzgórzu. Stanowi ono idealne odzwierciedlenie cyklu życia i śmierci oraz niewątpliwie stanowi obecnie jeden z najbardziej ikonicznych obrazków w historii współczesnej telewizji. Więcej o samej czołówce możecie przeczytać na oficjalnej stronie HBO, tutaj.

Następny wpis na blogu: Pilot 1x01 (2001)

niedziela, 30 listopada 2014

REMINISCENCJA: Sześć stóp pod ziemią

prod.: USA, Home Box Office (HBO)
lata emisji: 2001-2005
twórca: Alan Ball

Gdy ktoś pyta mnie, który serial uważam za najlepszy - zawsze bez namysłu odpowiadam "Sześć stóp pod ziemią" (org. Six Feet Under). Nie wiem czy kiedykolwiek przyjdzie mi obejrzeć lepszą i głębszą serię niż SFU. Moja przygoda z serialem zaczęła się w sierpniu 2011 roku i w ciągu około 3 miesięcy zdążyłem nadrobić pięć nieziemskich sezonów. Przerwa od tej produkcji HBO nie trwała u mnie długo, bo pod koniec następnego roku (2012) jeszcze raz zacząłem oglądać serial Alana Balla.

Niedługo chciałbym jeszcze raz spędzić trochę czasu z rodziną Fischerów i ich problemami. Tym razem jednak chciałbym spisywać wrażenia i refleksje po każdym z odcinków, a także podsumowywać sezony czy nawet promocyjne materiały wideo, które są niesamowite (w sieci można znaleźć promo dla sezonów 2-5; dla pierwszego prawdopodobnie taka zapowiedź nie powstała).

O serialu mówi się, że był przełomowy dla telewizji podobnie jak "Rodzina Soprano" czy "Oz". Też oczywiście podzielam ten pogląd, chociażby za śmiałe poruszenie tematu homoseksualizmu, analizę skomplikowanych relacji i związków ludzkich oraz ukazywanie codzienności pracy grabarzy. Mimo, że tematyka serialu mocno zawiązana jest ze śmiercią, smutkiem, żałobą, lubiłem zawsze myśleć, że serial jest o czerpaniu ja najwięcej z życia. Z małych chwil z rodziną, przyjaciółmi, kolegami z pracy, a także o konfliktach, które mimo wszystko umacniają i stanowią wartościowe doświadczenie. Dodatkowo postacie Nate'a i Claire są mi bliskie i łatwo zawsze przychodziło mi identyfikowanie się z nimi.

Mam wrażenie, że Fischerowie cały czas towarzyszą mi w życiu. Lubię myśleć, że gdzieś naprawdę żyją. No to jedziemy. 63 odcinki. Mam nadzieję, że do każdego pojawi się dłuższa bądź krótsza notatka z przemyśleniami. Nie wiem jak długie będą odstępy między oglądaniem kolejnych odcinków. Poniżej zapowiedź telewizyjna pierwszego sezonu serialu wraz z oryginalnym plakatem.



Następne na blogu: Czołówka Sześciu stóp pod ziemią

sobota, 29 listopada 2014

20-sekundowa recenzja? No way!

Jakiś czas temu natknąłem się na stronie głównej Stopklatki na polecaną mini-recenzję w formie 20-sekundowej recenzji. Wiem, że obecnie modne są krótkie vlogi i przeglądy i trend idzie raczej w skracanie aniżeli tworzenie obszernych analiz, ale w tak krótkim czasie trudno zarysować fabułę filmu czy przedstawić swoją opinię / przemyślenia. Ciężko o przykucie uwagi przeciętnego YouTubowicza, ale nie tędy droga.


Obejrzałem jedynie jeden z materiałów wideo użytkownika 20 sekund (recenzję "Jobsa") i muszę stwierdzić, że jest to kompletny niewypał. Pomijając już to wspomniany absurdalny czas omówienia filmu, to poziom montażu, brak jakiegoś humoru i charyzmy omawiającego pozostawia wiele do życzenia. Z kolei, jeśli chodzi o merytoryczną część, to niestety też jest klapa. Co tu dużo pisać. Filmik składa się z tak ogólnych stwierdzeń, że można przygotować go pewnie bez znajomości filmu, a jedynie po przeczytaniu recenzji na przykład w gazecie.

W sumie powstało pięć takich mini-recenzji filmowych. Przynajmniej tyle znajduje się na kanale tego użytkownika. Nie dziwię się, że autorowi zabrakło zapału, bo odzew i liczba widzów była nikła. 



Takiej formie mówię nie. Przynajmniej w takim wydaniu. Mode: hated wyłączony.

niedziela, 13 października 2013

Terror w kosmosie jeszcze nigdy nie był piękniejszy... - Grawitacja (2013)

Filmy, które podejmują tematy związane z badaniem i odkrywaniem kosmosu często kojarzą mi się z aurą tajemniczości i monumentalizmu. Powiem już na początku - "Grawitacja" to nie druga "2001: Odyseja kosmiczna, ale nadal bardzo dobre widowisko, które słusznie zbiera sporo pochlebnych opinii zarówno od widzów jak i krytyków. Jeśli już miałbym podpierać się jakimś tytułem to powiedziałbym, że jest takie "127 godzin w kosmosie". Jak głosił tagline tego filmu sprzed trzech lat - nie ma silniejsze mocy aniżeli chęć życia - równie dobrze producenci mogliby wykorzystać podobnie brzmiącą sentencję. W obu przypadkach znajdziemy dominujący motyw walki o przetrwanie, aczkolwiek motywacje bohaterów są trochę inne.

 W zapowiedziach tego filmu można było usłyszeć temat przewodni ze zwiastuna obrazu "Gerry" z 2002 roku. Wspomniany utwór muzyczny to nie jedyna wspólna rzecz tych obrazów - oba były teatrem dwóch aktorów (nie licząc w "Grawitacji" głosów innych aktorów). Był czas, kiedy to kręciłem nosem na wybór Sandry Bullock do roli w poważnym dramacie. Jednak po seansie nie mogę powiedzieć o niej żadnego złego słowa. Będąc obecna na ekranie przez niemalże cały czas trwania filmu, na myśl nie przychodzi, że jest to ta sama aktorka, która zagrała jeszcze w tym samym roku w komedii kryminalnej "Gorący towar". Razem z towarzyszącym jej George'em Clooneyem tworzą wiarygodny i zgrany team. Trudno mówić tu o jakieś chemii, ale na pewno bardzo dobrze ze sobą współgrają.


Chyba pierwszy raz od bardzo dawna spotkałem się z tendencją, że zdecydowana większość widzów była zadowolona z seansu 3D i co najważniejsze polecała właśnie wybranie się na taki rodzaj projekcji. Cóż, muszę się zgodzić z tą grupą, bowiem film ogląda się znakomicie. Chyba nie byłoby przesadą, gdybym napisał, że widz czuje się przez taką dopieszczoną wizualnie stronę filmu jakby sam uczestniczył podróż z bohaterami. Praca kamery nie jest chaotyczna w bardziej dynamicznych momentach filmu, co nie jest niestety rzadkością w kinie osadzonym w podobnych plenerach. W scenie, w której Matt Kowalsky dryfuje na oparach, ciągnąc za sobą doktor Stone, zachwyca się widokiem, mimo że nie jest to jego pierwsza misja, dodając później, że będzie najbardziej za tym tęsknił.

Jeśli miałbym stawiać jakiekolwiek zarzuty filmowi to wspomniałbym tu o dość kruchym zarysowaniu historii dwójki bohaterów obrazu. O Matthew nie wiemy praktycznie nic z seansu, a z kolei wątek utraty dziecka przez Ryan kompletnie do mnie nie trafił. Zdecydowanie bardziej ciekawsze są oszczędne interakcje między tymi bohaterami. Chyba najbardziej pamiętną sceną pozostanie wyimaginowana przez Ryan rozmowa dwójki astronautów.


Film Cuaróna to zaprzeczenie ekscytujących częstyo pojawiających się w kinie motywów podróży kosmicznej. Podczas gdy główny bohater "Gattacki" (1997) dąży za wszelką cenę do bycia tam, na górze, Kowalsky wraz z Stone toczą dramatyczną walkę w nieważkości (w pewnym momencie Ryan mówi, że nienawidzi kosmosu). "Grawitacja" to surowy dramat o sile przetrwania i poświęcenia o mocy thrillera, który nie daje za wygraną aż do samego końca. To w końcu film o samotności, gdzie uczucie to potęguje coś co można nazwać terrorem w kosmosie - panująca całkowita cisza, ogromne wartości amplitudy temperatur (jak informują nas początkowe napisy), przytłaczająca pustka i ograniczony poziom tlenu. Jeśli kogoś to nie przekonuje to pozostaje przepiękna strona wizualna filmu, której ulegnie wymagający widz.

sobota, 21 września 2013

Coming-of-age w najlepszym wydaniu! - Uciekinier (2012)

Najnowszy film Jeffa Nicholsa przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Historia z gatunku coming-of-age mimo, że na pierwszy rzut oka nie kryje nic specjalnego i można by pomyśleć, że nic w tym temacie nie da się więcej opowiedzieć. Nic bardziej mylnego. "Mud" udowadnia, że przy dobrym scenariuszu udaje się opowiedzieć niebanalną historię, włączając w to dramat kryminalny z mieszanką dramatu rodzinnego i przygodowego. Żałuję, że dość długo odkładałem seans tego filmu. Dwie godziny z hakiem zleciały naprawdę szybko, a finał filmu sprawia, że widz czuje więź z przedstawionymi protagonistami.

Z drugiej strony ciężko tutaj operować pojęciami protagonista czy złoczyńca. Oczywiście w przypadku tego drugiego łatwo powiedzieć, że są nimi ludzie polujący na głównego bohatera, dowodzeni przez Kinga, ojca zamordowanego jednego z synów. Cały film jest jednak dość niejednoznaczny, a najbardziej widać tą tendencję patrząc na postać Muda. Zagrany perfekcyjnie przez Matthew McConaughy'ego mężczyzna to klasyczny badass z filmów z lat 70/80. Skryty, niewiele mówiący (choć nie do przesady, żaden z niego introwertyk siedzący gdzieś w kącie) przywodzi na myśl postawionych w sytuacji bez wyjścia bohaterów, którzy muszą rozliczyć się z przeszłością. Rola napisana i zagrana jest naprawdę niesamowicie. Rekomendacja z polskiego plakatu mówiąca o wielkiej, oscarowej roli aktora na pewno nie jest w żadnym stopniu przesadzona. Widać, że ostatnio McConaughy trafniej dobiera sobie role. W ostatnich latach gościł już na planie takich twórców jak Richard Linklater ("Bernie"), Lee Daniels ("Pokusa"), William Friedkin ("Zabójczy Joe") czy Steven Soderbergh ("Magic Mike"), a niedługo zobaczymy także filmy Nolana i Scorsese, w których da niewątpliwie popis swoich umiejętności. Ja z kolei najbardziej czekam na "Dallas Buyers Club", w którym przeszedł niesamowitą transformację, przywodzącą na myśl tą Bale'a do roli w "Mechaniku".


Owszem, McConaughy jest świetny, ale pierwsze skrzypce współgrają także młodzi aktorzy. Tye Sheridan, który zadebiutował na dużym ekranie w "Drzewie życia" i tym razem odnajduje się bez problemu w świecie, w którym rozgrywa się akcja filmu. Partneruje mu debiutujący Jacob Lofland, który również poradził sobie z otrzymaną rolą. Portret jaki tworzą to młodzi nastolatkowie, którzy nieco znudzeni czy nawet zawiedzeni światem dorosłych, pomału wkraczają właśnie w ich rzeczywistość. Łatwo zrozumieć tym bardziej przesłanki, dlaczego tak łatwo zafascynował ich Mud, jego przeszłość i historia związku z Juniper. Obok głównego wątku rozgrywa się dramat rodzinny, który jest dobrze rozplanowany i umiejętnie plasuje się wśród innych wątków filmu, wyjaśniając niektóre kroki i postępowania Ellisa.

"Uciekinierowi" nie można odmówić także zręcznego nawiązywania z widzem więzi z bohaterem granym przez McConaughy'ego i młodszych aktorów. Wątki filmu, nawet te poboczne jak ten z pierwszą miłością jaką doświadcza Ellis są bliskie widzom, a przynajmniej ja czułem się tak podczas seansu. Mimo, że jak pisałem wcześniej scenariusz filmowy nie jest ani jakoś szczególnie skomplikowany, to należy pochwalić go za dobry portret południa Stanów, a także satyrę na religię, którą możemy obserwować w scenie, w której King zbiera zebranych i prosi by pomodlili się z nim za szybką śmierć Muda. Jeśli mowa już o scenopisie to podobało mi się przemycenie w niektórych dialogach pewnej symboliczności. Na przykład w scenie, w której grany przez Michaela Shannona (trzecia kolaboracja z tym reżyserem) bohater w rozmowie z Ellisem mówi o tym, że w wodzie (otaczającej wysepkę, na której zatrzymał się Mud) jest pełna śmieci i nie warto wszystkiego wyciągać.


Jedyne zastrzeżenia miałbym do polskiego dystrybutora filmu, którym było Forum Film Poland. O ile nie mogę jakoś szczególnie przyczepić się do plakatu promującego obraz (szybka przeróbka oryginalnego postera z nawet z nienajgorszym tagline'em), to sam tytuł odbiera filmowi, przynajmniej w pierwszych 30 minutach, pewnych niedopowiedzeń. Nie rozumiem czemu nie zdecydowano się pozostawić prostego tytułu "Mud". "Uciekinier" od razu sugeruje nam to, że bohater McConaughya jest zbiegiem, który ukrywa się przed policją. Kiedy już widz oczekuje na happy end pod koniec filmu - łódź w końcu na wodzie i plan z dziewczyną Muda wydaje się wypalić, Nichols burzy tą chwilową atmosferę jedną z najlepszych scen w filmie, jaką jest pełna napięcia, świetnie wykonana scena strzelaniny z małym twistem w postaci tego kto jeszcze stanie po stronie Muda. Podczas oglądania tych sekwencji na myśl przyszedł mi film Eastwooda "Doskonały świat". W "Uciekinierze" jednak śmierć jest pozbawiona patosu znanego z wspomnianego obrazu. Przed "otrzymaniem kulki" Mud nie spowiada się nikomu z tego co zrobił ani nie wygłasza żadnej mowy. To co go spotyka jest nagłe i jakikolwiek inny zabieg zaburzyłby rytm, jaki wypracował film.

Jeff Nichols to z pewnością bardzo obiecujący filmowiec. Na koncie oprócz "Muda" ma także dwa pełnometrażowe filmy, które muszę nadrobić. Coś czuję, że jeszcze nie raz zaskoczy nas ten reżyser.